Wczoraj rano tankowiec "Renda" z pięcioma milionami litrów paliwa stał na morzu niecały kilometr od brzegów Nome, oddzielony od miasteczka skorupą lodu. Wyruszył z misją ratunkową w połowie grudnia i przebył 5 tys. mil, z czego ostatnie kilkaset torowały mu drogę lodołamacze amerykańskiej straży przybrzeżnej.
Paliwo na zimę miało dopłynąć jeszcze w listopadzie, jednakże gwałtowny sztorm zawrócił barkę z dostawą. Potem zaś wschodni kraniec Alaski i Cieśninę Beringa, przy której leży Nome, zaatakowała wyjątkowo mroźna i wietrzna zima, odcinając drogę zwykłym barkom. W Nome, gdzie żyje 3,5 tys. ludzi, zaspy śnieżne mają już po trzy metry wysokości. Paliwa miało starczyć do marca, jednakże lokalne władze obawiały się, że z każdym tygodniem będzie coraz trudniej je dowieźć. Dlatego wynajęły rosyjski statek.
Gdyby i on utknął po drodze, miasto musiałoby zamówić ok. 300 samolotów z paliwem, żeby jego mieszkańcy nie zamarzli w marcu w nieogrzewanych domach. Między innymi ze względu na takie trudności logistyczne
benzyna na stacjach w Nome kosztuje średnio ponad półtora dolara za litr, czyli dwa razy drożej niż np. w Waszyngtonie.
- Kryzys Nome przypomniał całemu światu, jaka jest rzeczywistość na Alasce. I z jakimi przeciwnościami musimy się borykać - mówiła gubernator Alaski Lisa Murkowski, która przyleciała do Nome w niedzielę. Wezwała ona rząd federalny w Waszyngtonie, żeby przeznaczył więcej funduszy dla jej stanu.
Tankowiec nie będzie już podpływał bliżej. Wczoraj czekano, aż spękany lód znowu zamarznie, żeby straż przybrzeżna mogła przeciągnąć z Nome do Rendy wąż, którym będzie pompowana ropa. Opróżnienie zbiorników statku może potrwać nawet pięć dni.
Niektórzy mieszkańcy Nome podejrzewają, że aura sensacji, jaka wytworzyła się wokół miasteczka, jest sztucznie napędzana. Być może po to, żeby promować Alaskę. - Nie mamy żadnego kryzysu paliwowego, to wszystko niepotrzebne - mówiła agencji AP niejaka Cari Miller, która mieszka w Nome od ośmiu lat.
Malutkie miasteczko po raz trzeci doświadcza takiej sławy. Latem 1898 r. odkryto w okolicy pokłady złota, co ściągnęło kilkanaście tysięcy ludzi. Nome stało się największym miastem na Alasce. Gorączka złota skończyła się dziesięć lat później i populacja spadła do 2,5 tys.
Zimą 1925 r. w miasteczku wybuchła epidemia błonicy. Zabrakło surowicy z antytoksyną i lekarze alarmowali, że umrą setki, a może i tysiące ludzi (siedmioro
dzieci zmarło w pierwszych dniach). Tymczasem sroga zima i noc polarna znowu odcięły statki, a także samoloty. 150 psów husky ciągnęło przez ponad 1 tys. km 20 zaprzęgów z surowicą i ocaliło Nome. Psy zostały bohaterami całej Ameryki, która w napięciu śledziła akcję ratunkową - pomnik przodownika jednego z zaprzęgów, psa Balto, stoi w Central Parku w Nowym Jorku.