Największy marsz liczący od 12 do 50 tysięcy osób przeszedł ulicami Paryża. "Nie, nieludzkiej polityce Sarkozy'ego", "Panie Sarkozy, niech pan walczy z biedą a nie z wędrowcami", "Sumienie nie pozwala nam milczeć" - głosiły transparenty.
Niektórzy uczestnicy zdecydowali się na wyjątkowo drastyczne środki wyrazu. Romowie nieśli trumnę prezydenta z napisem "Sarkosy 1955-2010" (sic!) i jego zdjęcie, gdzie podpisany był jako "syn Pétaina", czyli przywódcy reżimu, który kolaborował z nazistami.
Mniejsze marsze odbyły się w Marsylii, Nantes, Rennes, Tuluzie i ok. 130 innych miastach. Organizacje praw człowieka twierdzą, że przyszło na nie ponad 100 tys. osób, władze, że 77 tys. Po kilkadziesiąt lub kilkaset protestujących zgromadziło się nawet pod francuskimi przedstawicielstwami w innych miastach Unii Europejskiej np. w Rzymie, Brukseli, Barcelonie, Lizbonie, Londynie.
Uczestnicy wszystkich tych zgromadzeń chcieli zaprotestować wobec wyjątkowo ostrej polityce wobec Romów, którą od ponad miesiąca prowadzi francuski rząd. Zaczęło się od incydentu nad Loarą, gdzie
policja zastrzeliła młodego Roma, podobno próbującego sforsować
policyjne bariery na drodze. Ziomkowie zabitego odpowiedzieli atakiem na komisariat policji i spaleniem kilku samochodów. Francuski rząd w komunikacie wyjątkowo ostrymi słowy wypowiedział się wtedy o obozowiskach Romów: że to gniazda przemytu i wykorzystywania dzieci m.in. do żebractwa. Zapowiedział likwidację nielegalnych obozowisk i odsyłanie ich mieszkańców do Rumunii i Bułgarii skąd pochodzą. W ciągu miesiąca odesłanych zostało około tysiąca z 15 tys. Romów mieszkających na terenie Francji. Teoretycznie wyjechali dobrowolnie, dostając 300 euro na przesiedlenie. Wcześniej osoby opierające się przed wyjazdem wyrzucano jednak siłą.
Sprawa wywołała oburzenie w Europie i na świecie. Zdaniem wielu francuskie władze stygmatyzują bowiem jedną społeczność i próbują na imigrantów zepchnąć odpowiedzialność za bolączki kraju np. przestępczość. Problem ma wymiar europejski: Romowie zjawili się we Francji gdy Rumunia i Bułgaria weszły do UE i granice stanęły otworem. Wcześniej w równie ksenofobiczny sposób na pojawienie się Romów zareagowali politycy we Włoszech.
W paryskim pochodzie uczestniczyli znani politycy opozycji. - Dla mnie to dzień walki z rasizmem i ksenofobią - mówił socjalistyczny mer miasta Bertrand Delanoë. - Nie godzimy się na sączenie w nasz kraj jadu, jak robi to rząd - wtórowała mu szefowa Zielonych Cécile Duflot. Wśród maszerujących była też Danielle Mitterrand, żona byłego socjalistycznego prezydenta François Mitterranda.
Wszystko wskazuje jednak, że rząd niewiele sobie robi z tych protestów. Minister spraw wewnętrznych Brice Hortefeux w komunikacie opublikowanym na stronach resortu szydził z organizatorów, że choć marsz organizowało ok. 60 stowarzyszeń, związków i partii politycznych "zgromadzili w całym kraju tylko kilkadziesiąt tysięcy osób". "To z całą pewnością rozczarowanie dla organizatorów" - napisał. Faktycznie we Francji często zdarzają się większe protesty. Więcej uczestników zgromadzi zapewne wtorkowy strajk przeciw reformie emerytur. Minister sklasyfikował protestujących jako "mozaikę tradycyjnych partii, grupek lewackich i anarchistycznych, która nie może stanowić o polityce". "Nadal z determinacją będę walczył z wszelkiego rodzaju przestępczością i bronił praw ofiar, oczywiście nigdy przy tym nie stygmatyzując żadnej społeczności" - zapowiedział.