Z początku wszystko wygląda normalnie: studio telewizyjne, ładna prowadząca, publiczność. Uczestnicy mają zadawać pytania mężczyźnie siedzącemu w kabinie na środku sceny. Nie widzą go, ale słyszą. Tyle tylko że odpowiadający siedzi na krześle elektrycznym i za złą odpowiedź pytający ma razić go prądem. Dawka jest za każdym razem silniejsza.
Przy pierwszych błędnych odpowiedziach człowiek z kabiny krzyczy. Przy kolejnych jęczy, płacze. - Pozwólcie mi wyjść, muszę zwymiotować, pozwólcie mi wyjść - błaga. A potem zalega cisza.
Niektórzy z pytających chcą przerwać nagranie. - Możemy przestać? To nieludzkie - błaga ze łzami w oczach jedna z uczestniczek.
Jednak prowadząca naciska, publiczność zagrzewa do dalszej
gry. W końcu 81 proc. uczestników, w tym kobieta ze łzami w oczach, używa dźwigni uruchamiającej największe możliwe napięcie. Robią to, chociaż wiedzą, że taka dawka prądu zabija.
O tym, że wszystko dzieje się na niby i że biorą udział w eksperymencie, dowiedzieli się po "śmierci" odpowiadającego. Oczywiście nikt nie był rażony prądem, a jęki wydawał aktor.
Eksperyment przeprowadził w kwietniu zeszłego roku producent programów telewizyjnych Christophe Nick we współpracy z telewizją publiczną France 2. Wczoraj pokazała ona reportaż z przebiegu doświadczenia, ale już wcześniej we francuskich mediach rozgorzała dyskusja o tym, czego dowodzi zachowanie uczestników.
Telewizyjne show powtórzyło eksperyment psychologa Stanleya Milgrama z uniwersytetu Yale z lat 60. Próbował on zbadać, dlaczego możliwe były zbrodnie nazistowskie. Okazało się, że pod presją autorytetu 60 proc. uczestników eksperymentu skłonnych było porazić człowieka śmiertelną dawką prądu.
Tym razem wyniki są jeszcze gorsze. Zdaniem Nicka odpowiada za to branża telewizyjna. Eksperyment przeprowadził po to, by przestrzec społeczeństwo przed modnymi reality show przekraczającymi kolejne granice. Ich uczestnicy proszeni są nierzadko o robienie rzeczy niebezpiecznych, przerażających lub obrzydliwych, np. jedzenie wielkich karaluchów.
Nick twierdzi, że programy, których istotą jest zadawanie bólu, są pokazywane w Japonii, ale francuskie wytwórnie już kupiły do niektórych z nich prawa.
Psycholog Jean-Léon Beauvois, który uczestniczył w przygotowaniu programu, mówił o "cichym totalitaryzmie" telewizji.
Francuskie media biją na alarm. "Czy
telewizja daje prawo do zabijania?" - pyta tygodnik "Télérama". "Czy telewizja czyni nas złymi?" - wtóruje mu miesięcznik "Philosophie Magazine".
Nie wszyscy są jednak tego zdania. - Christophe Nick myli się, oskarżając telewizję. To samo stałoby się, gdyby ludzie zostali podporządkowani policjantowi czy wojskowemu. Widać przede wszystkim, że jednostka nie potrafi oprzeć się autorytetowi - mówi Pascale Breugnot, producentka telewizyjna.
W tym tonie wypowiada się też większość internautów, którzy widzieli zapowiedź programu na YouTube. Filozof Yves Michaud zwraca uwagę na łamach "JDD", że reality show jedynie odzwierciedlają stosunki panujące w normalnym życiu. "Główną zasługą filmu jest być może to, że zmusi nas do refleksji o posłuszeństwie w ogóle, np. w pracy" - konkluduje tygodnik.