Wybory w maju 2007 r. były szczególne. We Francji, kraju słynnym z etatyzmu i przywilejów pracowniczych, wygrał polityk, który uchodził niemal za liberała gospodarczego. Sarkozy zapowiadał ograniczenie sektora publicznego i dynamizację gospodarki, a jedno z jego głównych haseł brzmiało: "Francuzi będą więcej pracować, by więcej zarabiać". Wielu ekspertów uznało zwycięstwo Sarko za sygnał: Francuzi widzą , że ich model kapitalizmu nie działa, i chcą to zmienić.
Zaraz po wprowadzeniu się do Pałacu Elizejskiego Sarkozy zabrał się do reform. Nie było tygodnia, by nie ogłaszał fundamentalnych zmian. Ale niektóre zmiany na skutek protestów musiał ograniczyć, z innych, np. reformy liceów, całkiem się wycofał. Nie pomaga mu światowy kryzys.
Ludzie szybko zorientowali się, że ich prezydent wiele gada o reformach, a efektów nie widać. To jeden z powodów jego niskich notowań. Dziś, gdy mija połowa jego pięcioletniej kadencji, dobrze ocenia go jedynie 39 proc. pytanych, źle aż 60 proc. (sondaż Ifop z wtorku).
W miarę dobre oceny Sarkozy zbiera jedynie w polityce zagranicznej. Wykazał się w 2008 r. jako przewodniczący UE, m.in. mediując podczas wojny w Gruzji, wprowadził Francję z powrotem do struktur wojskowych NATO, ocieplił stosunki z USA. To może nie wystarczyć do reelekcji w 2012 r., nie mówiąc już o zapisaniu się w historii jako prezydent, który zmienił Francję.
Rozmowa z André Zylberbergiem, współautorem książki o Sarkozym Dominika Pszczółkowska: Prawie rok temu w książce "Nieudane reformy prezydenta Sarkozy'ego" bardzo surowo ocenił pan dokonania gospodarcze pierwszych kilkunastu miesięcy rządów Sarkozy'ego. Czy od tego czasu coś się prezydentowi udało? André Zylberberg, ekonomista z Sorbony: Nic się nie zmieniło. Gdy porównaliśmy to, co Sarkozy zapowiadał w kampanii, z tym, co zrobił, okazało się, że mamy wiele pozornych reform, różne nowe ustawy, ale nic się nie zmieniło albo wręcz się pogorszyło. W dodatku, gdy nadszedł kryzys, mniej się mówi o reformach, a więcej o planach ożywienia, pożyczkach narodowych itp.
Jedną z najważniejszych reform miała być likwidacja wcześniejszych emerytur dla różnych grup z sektora publicznego. To zostało zrobione. - To była kluczowa sprawa i poszła na pierwszy ogień. Sarkozy jasno mówił, że wszyscy muszą być równi, jeśli chodzi o system emerytalny, i wszyscy będą pracować 40, a niedługo 41 lat, a nie 35 czy 36, jak zdarzało się w sektorze publicznym. Projekt był dobry, lecz związki odpowiedziały strajkami - w transporcie publicznym trwał on osiem dni, czyli jak na Francję nie tak długo. Potem ogłoszono sukces i lata pracy faktycznie zostały zrównane dla wszystkich. Dużo później okazało się jednak, że w negocjacjach ze związkami poczyniono wiele ustępstw dla kolejarzy, energetyków, stoczniowców. Te ustępstwa to np. doliczanie lat nauki do czasu pracy, inna siatka płac, szczególne warunki dla rodzin. I znów stworzono szczególne warunki pracy dla tych grup, tylko na innych zasadach. Senator Dominique Leclerc z rządzącej partii UMP wyliczył, że wszystkie te koncesje okażą się tak kosztowne jak stary system lub nawet bardziej. Ten przykład jest symboliczny. Dobry pomysł na początku, nieco chaotyczne wykonanie, a na końcu władza ugina się pod presją różnych lobby. I okazało się, że wprowadza zmiany kosmetyczne, a nie wielkie reformy.
A zmiany w 35-godzinnym tygodniu pracy? By zachęcić do pracowania, rząd zniósł opodatkowanie nadgodzin. I liczba nadgodzin bardzo wzrosła. - Rząd twierdził, że ludzie biorą o 35 proc. więcej nadgodzin. Ale to widać wyłącznie w statystykach. Wcześniej nadgodzin nie deklarowano, bo oznaczało to dodatkową pracę papierkową i pracownicy dostawali po prostu nieco wyższą pensję czy nagrodę. Sam rząd szacował, że te niedeklarowane nadgodziny stanowią 40 proc. wszystkich. Teraz i ludzie, i firmy mają interes, by deklarować nadgodziny, i to robią. Francuzi nie pracują więcej, a jedyny efekt jest taki, że
budżet traci ok. 6 mld euro rocznie podatków.
Czyli prezydent nie zdołał zdynamizować społeczeństwa i nie skłonił go, by było mniej roszczeniowe, a częściej brało sprawy w swoje ręce? - Nie. Kraje, które uważamy za dynamiczniejsze, to te, które zreformowały rynek pracy, które mają innego rodzaju relacje między związkami a pracodawcami i które zreformowały swój system polityczny. U nas żadna z tych spraw się nie powiodła.
Co ma pan na myśli, mówiąc o zreformowaniu systemu politycznego? - Francja to jedyny kraj, gdzie posłowie mogą być radnymi czy burmistrzami. Więc deputowani są w większym stopniu reprezentantami swego miasta czy departamentu w parlamencie, czyli są bardzo podatni na presję lokalnych lobby. Najlepszym przykładem jest niepowodzenie reformy dotyczącej handlu wielkopowierzchniowego. Posłowie się jej sprzeciwili i wynaturzyli ją, bo wielu miało układy z lokalnymi supermarketami. We Francji nieraz dochodzi w tego typu sprawach do korupcji.
No to co się Sarkozy'emu udało? Miał uczynić z Francji kraj bardziej ekologiczny, w większym stopniu oparty na odnawialnych źródłach energii. - Podatek węglowy [od emisji CO2], który chce wprowadzić rząd, to pewnie dobry pomysł. Ale już słyszę, że będzie wyjątek dla rybaków, że tego samego chcą rolnicy, firmy promowe. Jeśli Sarkozy się ugnie, to znów się okaże, że chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
A system przewidujący kary i nagrody zależnie od tego, ile CO2 emituje kupowany samochód? - Z pewnością pomógł sektorowi samochodowemu, ale nie wiem, czy to nie jest za kosztowne. Poza tym to wszystko nie są fundamentalne reformy, które pozwoliłyby zdynamizować kraj.
Może gdyby nie kryzys gospodarczy, bilans reform byłby dziś inny? - Kryzys pozwolił Sarkozy'emu zmienić retorykę. Zamiast mówić, że jest mistrzem reform, mówi raczej o ratowaniu kraju i poszczególnych sektorów, poczynając od banków. To na pewien czas pozwoliło mu uratować skórę, bo nie jest oceniany za reformy.
Czego spodziewa się pan w drugiej połowie kadencji Sarkozy'ego? - Już niczego. Sarkozy chciał reformować, ale się ugiął.
Jeśli w 2012 r. znów zostanie wybrany to wróci mu zapał reformatorski? - Nasi prezydenci w drugiej kadencji mieli często skłonność do udawania monarchów. Najlepszym czasem na reformy zawsze jest początek pierwszej kadencji.