Partnerstwo Wschodnie to wymyślony w Warszawie projekt bliższej współpracy z dawnymi republikami radzieckimi: Ukrainą, Mołdawią, Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem, a także być może z Białorusią, o ile jej władze będą wprowadzać reformy demokratyczne. Niektórzy mają nadzieję, że dla tych krajów będzie to krok na drodze do UE.
Wszyscy w UE zgodzili się na Partnerstwo już w zeszłym roku. Teraz trwa jednak gorąca dyskusja o szczegółach. Wczoraj rozmawiali o nich w Brukseli ministrowie spraw zagranicznych państw UE.
Jak zwykle najtrudniejszym tematem były pieniądze. Komisja Europejska zaproponowała, by w latach 2010-13 dać na Partnerstwo 600 mln euro. Te pieniądze trzeba by znaleźć w już istniejącym budżecie UE. Min. Radosław Sikorski po wczorajszych rozmowach był przekonany, że jest zgoda na całą sumę, szef francuskiego MSZ Bernard Kouchner mówił jednak tylko o 250 mln. - To tylko 15 mln euro na kraj na rok - powtarzał kilkakrotnie.
- Jestem przekonana, że będą dodatkowe pieniądze, że w końcu będzie zgoda także na dodatkowe 350 mln - podsumowywała dyskusję ministrów komisarz UE ds. stosunków zewnętrznych Benita Ferrero-Waldner.
Kraje południa UE obawiają się, że zbyt dużo pieniędzy pójdzie na wschód, a za mało do południowych sąsiadów Unii. Z kolei Niemcy nie chcą na partnerstwo wydawać żadnych nowych, niezapisanych wcześniej w budżecie pieniędzy. Po spotkaniu z niemieckim ministrem Frankiem-Walterem Steinmeierem Sikorski zapewniał, że Niemcy popierają finansowanie projektu. Kwestia ta będzie musiała zostać rozstrzygnięta najpóźniej na szczycie 19-20 marca.
Jednomyślności nie było nawet co do tego, kto powinien uczestniczyć w Partnerstwie. Co prawda wszyscy zgodzili się, że do poszczególnych projektów będzie można dopraszać Turcję i Rosję, jednak znaczenie tej decyzji kraje interpretowały już różnie. Francuski minister zdawał się sądzić, że Ankara i Moskwa będą półuczestnikami Partnerstwa. Na pytanie, czy te dwa kraje zostaną zaproszone na inauguracyjny szczyt Partnerstwa 7 maja, stwierdził jedynie, że o tym nie dyskutowano.
Polski minister był przekonany, że przywódców Rosji i Turcji na majowym szczycie nie będzie, bo "nie są członkami Partnerstwa". - Rosja też prowadzi różne inicjatywy integracyjne, do których nie zaprasza UE - stwierdził Sikorski. Mimo to "nie ma z naszej strony żadnych przeciwwskazań" - mówił Sikorski - by czasem zapraszać te kraje do konkretnych projektów, np. gdy będzie chodziło o ochronę granic.
Jeszcze chłodniej odniósł się do tego pomysłu czeski minister Karel Schwarzenberg. - Nie można mieć nic przeciw okazjonalnemu udziałowi kogokolwiek, np. Rosji, Turcji, Japonii, USA czy Chin - wymieniał kraje z różnych stron świata.
Ministrowie nie podjęli też żadnej decyzji w innej gorącej ostatnio sprawie - wspólnego finansowania projektów energetycznych w ramach walki z kryzysem. Lista projektów - m.in. farm wiatrowych, połączeń gazowych i elektrycznych - nie spodobała się wielu krajom, a płatnicy do unijnego budżetu podkreślali, że projekty nie pozwolą natychmiast ruszyć z miejsca gospodarki.
Wczoraj wszyscy spodziewali się jednak, że ostatecznie do porozumienia dojdzie zapewne na marcowym szczycie. Sikorski komentował także doniesienia z Niemiec o tym, że kanclerz Angela Merkel nie chce dopuścić szefowej Związku Wypędzonych Eriki Steinbach do rady fundacji, która będzie zarządzać placówką upamiętniającą wypędzenia. Dziękował kanclerz za "wrażliwość na polskie postulaty" i za to, że uznała, iż "stosunki polsko-niemieckie są czymś wartościowym, dla czego warto zaryzykować poparcie polityczne w swoim kraju".
- Polityka lepszych stosunków zaczyna przynosić namacalne rezultaty - oceniał. O Steinbach powiedział, że "przyszła do naszego kraju z Hitlerem i z Hitlerem musiała się wynosić", więc tak naprawdę nigdy nie była prawdziwą wypędzoną, czyli osobą, która straciła swój dom po przesunięciu granic Polski i Niemiec.
W imieniu swego poprzednika Władysława Bartoszewskiego, b. więźnia Auschwitz, Sikorski przekazał też wczoraj w Brukseli prośbę o datki na utrzymanie obozu-muzeum w Oświęcimiu. Jak mówił, to ważne w momencie, gdy niektórzy kwestionują istnienie obozów, a ostatni żyjący więźniowie wymierają. List w tej samej sprawie do przywódców krajów Unii i innych państw świata napisał premier Donald Tusk.
Źródło: Gazeta Wyborcza