Umar Faruk Abdulmutallab nie bardzo pasuje do wizerunku dyszącego nienawiścią do Zachodu islamskiego terrorysty. Szczupły 23-latek o ujmującym uśmiechu z bogatej rodziny szanowanego bankiera, pilny uczeń w brytyjskiej szkole w Togo, student inżynierii na prestiżowej University College London, wreszcie szef uniwersyteckiego stowarzyszenia muzułmanów. Cichy, zamknięty w sobie, ale przyjazny i bardzo pobożny - powtarzają jednym głosem koledzy i wykładowcy.
Jedynym epizodem w życiu młodego Nigeryjczyka, który natychmiast po nieudanym zamachu zainteresował ekspertów od terroryzmu, była nauka arabskiego w szkole językowej w Sanie w Jemenie kilka lat temu. Abdulmutallab wrócił do Jemenu dopiero w tym roku i - jak przyznaje - nawiązał tam kontakty z Al-Kaidą. Teraz Brytyjczycy dwoją się i troją, żeby sprawdzić, gdzie Abdulmutallab przyswoił sobie radykalne poglądy - w Jemenie czy w Londynie.
- Byłem z nim w grupie na kursie w Sanie, niczym się nie wyróżniał, po prostu się uczył - opowiada dziennikarzom "New York Times'a" muzułmanin z Kalifornii. - Na Zachodzie, kiedy ktoś podkłada bombę, wszyscy od razu krzyczą: kiedyś pojechał na Bliski Wschód, tam nasłuchał się radykałów. A może sprawdzić, czego nasłuchał się na własnym podwórku?
Scotland Yard sprawdził już, że Umar bywał w meczecie East London, gdzie puszczano na
wideo kazania Anwara Al-Awlakiego, jemeńskiego terrorysty i guru europejskich ekstremistów. To właśnie Awlaki kontaktował się z amerykańskim majorem Nidalem Malikiem Hasanem, który w listopadzie zabił 13 żołnierzy w Fort Hood w Teksasie. Teraz okazuje się, że Awlaki znał też Abdulmutallaba.
- Jestem przekonany, że władze ciągle nie mają pojęcia, kto gości w meczetach i co się tam wygaduje - mówi Ram Gidoomal, były kandydat na burmistrza Londynu, chrześcijanin urodzony w hinduskiej rodzinie i kształcony w muzułmańskiej szkole. - Ekstremiści sączą tam nienawiść opowiadają jak Zachód gnębi muzułmanów w Iraku, Afganistanie, czy w Palestynie i wzywają do zemsty, a ci młodzi ludzie chłoną to jak gąbki - przekonuje. Abdulmutallab od dawna brylował na islamskich forach internetowych. - Marzę o odtworzeniu muzułmańskiego imperium i powszechnym dżihadzie - pisał. Skarżył się też, że czuje się samotny bez "prawdziwych muzułmańskich przyjaciół".
Na początku studiów w Londynie często pisał o ukochanym futbolu, ale potem coś się zmieniło. - Porzućmy tak błahe zajęcia jak sport, zajmijmy się działalnością na rzecz islamu - wzywał. Niedługo potem stwierdził, że
muzyka to grzech, a muzułmanki należy zmusić do noszenia chusty.
Koledzy z uczelni wspominają, że kiedyś pochwalił zamachy z 11 września 2001 r. jako akt sprawiedliwej wojny. - Przecież Amerykanie od dawna upokarzają muzułmanów - stwierdził.
Po krwawym zamachu na londyńskie metro latem 2005 r. w Londynie znacznie zwiększono środki bezpieczeństwa. - Muzułmanie nie mieli wtedy łatwego życia, na każdym kroku byliśmy rewidowani przez policję, nawet kilka razy dziennie. Podejrzany był każdy z ciemniejszą karnacją i plecakiem - opowiada "Gazecie" Fajsal Hanjra, szef federacji muzułmańskich organizacji studenckich w Wielkiej Brytanii.
Wygląda na to, że to wszystko nie pomogło, władze przyznają, że młodzi brytyjscy muzułmanie nadal chętnie wyjeżdżają na dżihad do Somalii czy Jemenu, a radykalizują się w miejscowych meczetach i na uczelniach.
- Poza brakiem kontroli przyczyną jest wciąż za słaba integracja i problemy z tożsamością - tłumaczy Gidoomal. - Młodzi muzułmanie nie zawsze potrafią pogodzić wymogi religii z realiami życia na Zachodzie. Zagubieni łatwo padają ofiarą ekstremistów - przekonuje.
Zgadza się z nim Hanjra. - Dzieci imigrantów czują sprzeczność między tradycyjnymi zasadami wpajanymi w domu a tym, co się dzieje w szkole czy na uczelni. Nie wiedzą, jak się odnaleźć, dlatego łatwo nimi manipulować - tłumaczy. - Jednak absolutnie nie chcemy, żeby przypadek Abdulmutallaba zniekształcił obraz brytyjskich studentów muzułmańskich. Będę powtarzał do upadłego: na brytyjskich uniwersytetach nie istnieje zjawisko radykalizacji.