Marta Urzędowska: Co się dzisiaj dzieje w Syrii? Rafif Dżuajati: W wielu miejscach sytuacja jest przerażająca. Homs jest od czterech dni pod nieustannym ostrzałem, czołgi wjechały do dzielnic mieszkalnych. Codziennie ginie tu kilkadziesiąt osób, wiele dzielnic wygląda jak gruzowisko, nie ma prądu i wody, nie działają telefony. Wojsko chodzi od domu do domu i morduje ludzi, Homs spokojnie można nazwać dzisiaj strefą katastrofy humanitarnej. Także na przedmieściach Damaszku w wielu miejscach trwa regularne oblężenie. Każdy, kto próbuje uciekać, jest zabijany przez wszechobecnych snajperów. Mamy też informacje, że coraz bardziej niespokojnie jest w Aleppo.
Złożona głównie z dezerterów Syryjska Wolna Armia utrzymała coś ze zdobytych niedawno wschodnich dzielnic Damaszku? - Trzymają się w kilku miejscach, ale to długo nie potrwa. Jest ich za mało, mają kiepski sprzęt. Robią, co mogą, ale kałasznikowami nie pokonają czołgów. Codziennie dezerterują nowi, także oficerowie, kilka dni temu zdezerterował nawet generał brygady. Jednak to coraz trudniejsze, ciągle słyszymy o egzekucjach przy próbie dezercji. Ci ludzie często stają przed dramatycznym wyborem - zabijać cywilów albo narazić się na śmierć.
Jednak większość Syryjczyków nie chce zbrojnej interwencji... - To normalne, nikt nie chce widzieć obcych wojsk w swoim kraju, ale prawda jest taka, że nie ma innego wyjścia. Dzisiaj jeszcze światowi przywódcy mogą powtarzać, że wykluczają interwencję w Syrii, bo nie chcą drugiej Libii, bo za blisko stąd do Izraela. Ale podsumujmy: ponad 7 tys. Syryjczyków nie żyje,
dzieci są mordowane i torturowane, 40 tys. osób zaginęło bez śladu, 100 tys. trafiło za kratki, obrońcy praw człowieka otwarcie oskarżają reżim o ludobójstwo. A to dopiero początek, bo ostatnie tygodnie jasno pokazały, że Asad jest nastawiony na eskalację przemocy. Niedługo w Syrii dojdzie do masakr na taką skalę, że świat nie będzie miał wyjścia, będzie musiał zbrojnie interweniować.
Rosyjskie i chińskie weto w sprawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, potępiajacej syryjski reżim, podcięło wam skrzydła? - Rosjanie i Chińczycy zrobili pośmiewisko ze sprawiedliwości, z międzynarodowej społeczności, ale nie jest to dla nas niespodzianka. Po prostu musimy teraz być jeszcze bardziej zdeterminowani i jakoś się trzymać, bo wiemy, że na razie nikt nam nie pomoże.
Rosjanie mówią jedno, a robią co innego. Twierdzą, że nikt nie powinien się mieszać w wewnętrzne sprawy Syryjczyków, a jednocześnie na potęgę zbroją reżim Asada. Twierdzą, że Syryjczycy mają prawo sami zdecydować, jak rozwiązać kryzys, a jednocześnie zapowiadają, że nie zaakceptują żadnego planu, który zakładałby ustąpienie Asada.
Jednak większość armii nadal stoi murem za Asadem. - Z dwóch powodów. Po pierwsze, większość oficerów to alawici - pochodzą z tej samej szyickiej sekty co rodzina Asadów. Są wierni, bo boją się, że po upadku Asada władzę przejmą sunnici i mniejszości stracą przywileje, pewnie też zechcą się zemścić. Ale to dotyczy wyłącznie oficerów, reszta żołnierzy jest po prostu sparaliżowana ze strachu, w końcu codziennie widzą egzekucje kolegów. Pytanie tylko, na jak długo jeszcze wystarczy tego strachu, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Poza armią Asad ciągle ma poparcie biznesu, elit w dużych miastach, mniejszości religijnych... - Rzeczywiście, ale jednak coraz mniejsze. Na pewno duża część Syryjczyków, którzy deklarują poparcie, robi to ze strachu. Poza tym nawet biznes ma już Asada powyżej uszu. To inteligentni ludzie, widzą, że współpraca z reżimem przestaje im się opłacać. Zaczynają odczuwać skutki międzynarodowych sankcji, teraz, po wyjeździe ambasadorów, szczególnie z krajów arabskich boją się, że będą mieli problemy z interesami także za granicą.
W dużych miastach, jak Damaszek czy Aleppo, coraz częściej organizowane są demonstracje antyrządowe. Poza tym to, że w Damaszku jest mało protestów, nie znaczy, że mieszkańcy kochają Asada. Tak jest dlatego, że wszędzie jest wojsko, wojskowe check-pointy, władze wolą dmuchać na zimne, żeby nie dopuścić do walk w stolicy. Jednak nawet najbardziej zagorzali zwolennicy reżimu nie mogą w nieskończoność udawać, że nie widzą, jak Asad morduje ludzi i wpędza kraj w wojnę domową.
Skutecznie? - Na razie za wcześnie mówić o wojnie domowej czy wojnie religijnej. Owszem, są coraz liczniejsze incydenty, kiedy walczą ze sobą członkowie różnych grup,
Syria jest bardzo zróżnicowana etnicznie, religijnie, dlatego byle iskra może wywołać nieszczęście. Ale myślę, że na razie to raczej wina chaosu, jaki tu panuje, atmosfery zagrożenia i propagandy Asada, który przekonuje, że za przemoc odpowiedzialni są islamiści, w ten sposób nakręcając religijne uprzedzenia.
Syryjska opozycja jest mocno podzielona. Będzie miał kto rządzić po Asadzie? - Zachód ciągle nas krytykuje, a ja odpowiadam: pamiętajcie, że przez pięćdziesiąt lat w Syrii w ogóle nie było opozycji, nawet jej zalążków, a mimo to w ciągu kilku miesięcy całkiem nieźle się zorganizowaliśmy. Teraz też nie możemy działać otwarcie w Syrii, nawet za granicą opozycjoniści są prześladowani przez agentów Asada. Oczywiście opozycja nie jest jednolita, ale różnice są coraz mniejsze. Mamy wielu wybitnych intelektualistów, politologów, na pewno będziemy gotowi współtworzyć nową Syrię.
Czym jest sekta, która od dziesięcioleci rządzi Syrią Alawici to jeden z bardziej kontrowersyjnych odłamów szyickiego islamu. Ich wierzenia są na tyle odległe od ortodoksyjnego islamu (wierzą m.in. w wędrówkę dusz, obchodzą święta związane z innymi religiami, takie jak Boże Narodzenie), że muzułmanie od zawsze widzą w nich heretyków.