http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chmura znad Islandii paraliżuje światową gospodarkę

Bartosz T. Wieliński, judy, tg
2010-04-21, ostatnia aktualizacja 2010-04-21 02:14

Turyści na lotnisku. Niektórzy od kilku dni nie mogą odlecieć
Turyści na lotnisku. Niektórzy od kilku dni nie mogą odlecieć
Fot. PETR JOSEK REUTERS

- Kierujcie się w stronę Calais - wezwał wczoraj uwięzionych na kontynencie rodaków szef brytyjskiej dyplomacji David Milliband. Londyn i Berlin rozpoczęły wielką ewakuację swoich obywateli z całego świata, bo chmura pyłu wulkanicznego dalej uziemia tysiące samolotów

Na pokładzie ''Albionu'' znalazło miejsce 300 turystów
Fot. AP/Alvaro Barrientos
Na pokładzie ''Albionu'' znalazło miejsce 300 turystów
Turysta śpi na lotnisku Okęcie
Fot. PETR JOSEK REUTERS
Turysta śpi na lotnisku Okęcie
Do hiszpańskiego portu w Santander wpłynął wczoraj okręt HMS "Albion" i zabrał 300 brytyjskich turystów koczujących od kilku dni na miejscowym lotnisku. Kolejne dwa okręty są w drodze, a każdy ma wziąć na pokład ok. 1 tys. ludzi. Po Brytyjczyków wyruszyło też kilkanaście samolotów British Airways (dostały specjalne zezwolenie) i wart pół miliarda funtów luksusowy statek pasażerski "Celebrity Eclipse". Zamiast na Wyspy Kanaryjskie popłynie do Bilbao po 2 tys. Brytyjczyków.

- Czuje się ducha Dunkierki - relacjonował z pokładu "Albiona" ojciec burmistrza Londynu Stanley Johnson, który od kilku dni wraca z Galapagos. Dunkierka nad kanałem La Manche przeszła do historii za sprawą rozpaczliwej ewakuacji 330 tys. brytyjskich żołnierzy po klęsce Francji w czerwcu 1940 r.

Trudno się dziwić takim skojarzeniom, skoro brytyjski rząd wezwał koczujących w Europie obywateli, by w miarę możliwości kierowali się do Calais nad kanałem La Manche, gdzie mają czekać na nich promy.

Podobnie postępują niemieckie biura podróży - samolotami, które dostały pozwolenie na lot na niskim pułapie, do wieczora ściągnęły 35 tys. turystów. Lufthansa przywiozła kolejne 15 tys. Niemców. Według Polskiej Izby Turystyki za granicą tkwi 8 tys. Polaków, wielu koczuje na lotniskach.

A jeszcze w poniedziałek wieczorem wydawało się, że największy w historii paraliż lotnictwa się kończy. Islandzki wulkan Eyjafjöll dymił słabiej, a ministrowie transportu UE złagodzili zakazy lotów nad Europą spowitą chmurą pyłu wulkanicznego groźnego dla silników odrzutowców. Na wtorek zapowiadano stopniowe otwieranie przestrzeni powietrznej i rzeczywiście blisko połowa zaplanowanych lotów w Europie doszła do skutku - samoloty latały nad południem kontynentu.

Niestety w trzech kraterach Eyjafjöll doszło do kolejnych erupcji i choć pióropusze dymu nie są tak wysokie jak tydzień temu, to wystarczyły, by pokrzyżować plany otwierania lotnisk m.in. w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech i Polsce.

- Jeśli zakaz lotów będzie utrzymywany, branżę lotniczą czeka katastrofa - przestrzega Tim Clark, szef Air Emirates, które wożą do Europy pasażerów z Azji i straciły już 50 mln dol. Lufthansa straciła nawet 200 mln euro, British Airways - 20 mln funtów. Linie lotnicze mocno odczuwają skutki kryzysu i wiele z nich, w tym LOT, kolejnego ciosu może nie przetrwać.

Cierpi nie tylko lotnictwo. - Nikt nie wchodzi do naszych sklepów - mówi Michele Norsa, szefowa Salvatore Ferragamo, producenta luksusowych butów i torebek. Jej firma ma na lotniskach 130 sklepów. Problemy mają też producenci popularnych w sklepach bezcłowych alkoholi jak Johnny Walker czy Hennessy.

BMW wstrzymał produkcję aut w Bawarii, bo nie docierają części z USA. To samo robi w Chinach japoński Nissan, bo nie dochodzą części z Irlandii. Wstrzymanie produkcji zapowiada Daimler. Magazyny koreańskich fabryk LG zapełniają się sprzętem elektronicznym, którego nie ma kto przewieźć do Europy. Na lotniskach Kenii niszczeją tysiące ton róż, w Ghanie psują się tony ananasów i papai dla Europy.

W Chinach, w prowincji Guangdong, stanęło wiele fabryk produkujących biżuterię i zegarki. A w luksusowych restauracjach Hongkongu zaczęło brakować francuskiego sera i belgijskiej czekolady.

W Polsce może wkrótce zabraknąć leków, które nie są u nas zarejestrowane i sprowadza się je w razie potrzeby za zgodą Ministerstwa Zdrowia. Lekarze czekają m.in. na amerykańskie i kanadyjskie preparaty dla chorych na lekooporną gruźlicę, śródmiąższowe zapalenie pęcherza i nowotwory.

Jutro sytuacja ma się poprawiać, ale eksperci przestrzegają przed zbytnim optymizmem. Nawet jeśli całe niebo nad Europą zostanie otwarte, minie sporo czasu, zanim chaos zostanie opanowany i samoloty zaczną latać zgodnie z rozkładem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':