Do hiszpańskiego portu w Santander wpłynął wczoraj okręt HMS "Albion" i zabrał 300 brytyjskich turystów koczujących od kilku dni na miejscowym lotnisku. Kolejne dwa okręty są w drodze, a każdy ma wziąć na pokład ok. 1 tys. ludzi. Po Brytyjczyków wyruszyło też kilkanaście samolotów British Airways (dostały specjalne zezwolenie) i wart pół miliarda funtów
luksusowy statek pasażerski "Celebrity Eclipse". Zamiast na Wyspy Kanaryjskie popłynie do Bilbao po 2 tys. Brytyjczyków.
- Czuje się ducha Dunkierki - relacjonował z pokładu "Albiona" ojciec burmistrza Londynu Stanley Johnson, który od kilku dni wraca z Galapagos. Dunkierka nad kanałem La Manche przeszła do historii za sprawą rozpaczliwej ewakuacji 330 tys. brytyjskich żołnierzy po klęsce Francji w czerwcu 1940 r.
Trudno się dziwić takim skojarzeniom, skoro brytyjski rząd wezwał koczujących w Europie obywateli, by w miarę możliwości kierowali się do Calais nad kanałem La Manche, gdzie mają czekać na nich promy.
Podobnie postępują niemieckie biura podróży - samolotami, które dostały pozwolenie na lot na niskim pułapie, do wieczora ściągnęły 35 tys. turystów. Lufthansa przywiozła kolejne 15 tys. Niemców. Według Polskiej Izby Turystyki za granicą tkwi 8 tys. Polaków, wielu koczuje na lotniskach.
A jeszcze w poniedziałek wieczorem wydawało się, że największy w historii paraliż lotnictwa się kończy. Islandzki wulkan Eyjafjöll dymił słabiej, a ministrowie transportu UE złagodzili zakazy lotów nad Europą spowitą chmurą pyłu wulkanicznego groźnego dla silników odrzutowców. Na wtorek zapowiadano stopniowe otwieranie przestrzeni powietrznej i rzeczywiście blisko połowa zaplanowanych lotów w Europie doszła do skutku - samoloty latały nad południem kontynentu.
Niestety w trzech kraterach Eyjafjöll doszło do kolejnych erupcji i choć pióropusze dymu nie są tak wysokie jak tydzień temu, to wystarczyły, by pokrzyżować plany otwierania lotnisk m.in. w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech i Polsce.
- Jeśli zakaz lotów będzie utrzymywany, branżę lotniczą czeka katastrofa - przestrzega Tim Clark, szef Air Emirates, które wożą do Europy pasażerów z Azji i straciły już 50 mln dol. Lufthansa straciła nawet 200 mln euro, British Airways - 20 mln funtów. Linie lotnicze mocno odczuwają skutki kryzysu i wiele z nich, w tym LOT, kolejnego ciosu może nie przetrwać.
Cierpi nie tylko lotnictwo. - Nikt nie wchodzi do naszych sklepów - mówi Michele Norsa, szefowa Salvatore Ferragamo, producenta luksusowych butów i torebek. Jej firma ma na lotniskach 130 sklepów. Problemy mają też producenci popularnych w sklepach bezcłowych alkoholi jak Johnny Walker czy Hennessy.
BMW wstrzymał produkcję aut w Bawarii, bo nie docierają części z USA. To samo robi w Chinach japoński Nissan, bo nie dochodzą części z Irlandii. Wstrzymanie produkcji zapowiada Daimler. Magazyny koreańskich fabryk
LG zapełniają się sprzętem elektronicznym, którego nie ma kto przewieźć do Europy. Na lotniskach Kenii niszczeją tysiące ton róż, w Ghanie psują się tony ananasów i papai dla Europy.
W Chinach, w prowincji Guangdong, stanęło wiele fabryk produkujących biżuterię i
zegarki. A w luksusowych restauracjach Hongkongu zaczęło brakować francuskiego sera i belgijskiej czekolady.
W Polsce może wkrótce zabraknąć leków, które nie są u nas zarejestrowane i sprowadza się je w razie potrzeby za zgodą Ministerstwa Zdrowia. Lekarze czekają m.in. na amerykańskie i kanadyjskie preparaty dla chorych na lekooporną gruźlicę, śródmiąższowe zapalenie pęcherza i
nowotwory.
Jutro sytuacja ma się poprawiać, ale eksperci przestrzegają przed zbytnim optymizmem. Nawet jeśli całe niebo nad Europą zostanie otwarte, minie sporo czasu, zanim chaos zostanie opanowany i samoloty zaczną latać zgodnie z rozkładem.