Wczoraj opisaliśmy historię Samuela Kunza, SS-mana, który nadzorował strażników w niemieckim obozie zagłady w Bełżcu, gdzie zagazowano 600 tys. polskich Żydów. Kunz wiedzie w Niemczech życie emeryta i ma zeznawać na monachijskim procesie Johna Demianiuka, ukraińskiego strażnika z obozu w Sobiborze, oskarżonego o współudział w zamordowaniu 29 tys. osób.
Kunzowi prokuratura szykuje proces dopiero teraz, a prywatnie chce go oskarżyć Aron Krochmalnik, który w Bełżcu stracił rodzinę.
Bartosz T. Wieliński: Dlaczego były SS-man z obozu w Bełżcu od ponad pół wieku żyje spokojnie pod Bonn? Dr Annette Weinke, specjalistka od historii nazizmu na uniwersytecie w Jenie: Nikomu nie zależało na tym, by postawić go przed sądem. W Niemczech rozrachunki zamarły w latach 50. Po procesach norymberskich postawiono przed sądami garstkę nazistów, wyroki były symboliczne.
Ale w latach 60. były procesy załogi KL Auschwitz, członków Einsatzgruppen, które mordowały Żydów, czy strażników z Bełżca, gdzie był Kunz. - Ta fala procesów była możliwa dzięki Centrali Ścigania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. Ta niezależna instytucja gromadziła dowody zbrodni i przygotowywała akty oskarżenia w tak spektakularnych sprawach jak np. Einsatzgruppen. Szukała raczej dowodów przeciwko dowódcom, wysokim urzędnikom niż szeregowym sprawcom.
Centralę utworzono w 1958 r. z założeniem, by Niemcy mogli powiedzieć, że ścigają nazistów. Brakowało jej funduszy, a sędziów i prokuratorów z Ludwigsburga środowisko prawnicze miało za ludzi kalających własne gniazdo. Do dziś Centrala doprowadziła do skazania kilku tysięcy sprawców. W tym samym czasie w NRD i Austrii nazistów nie ścigano w ogóle.
Jak na pobłażanie nazistom reagowali zwykli Niemcy? - Na prowincji wojenna przeszłość do dziś jest tabu. Pochodzę z landu Szlezwik-Holsztyn, który nie bez powodu nazywano brunatnym, bo byli naziści zasiadali nawet w rządzie landu. Rozliczenia zaczęły się dopiero w latach 80., gdy społeczeństwo zaczęło inaczej patrzeć na przeszłość. Ale tym zajęli się historycy, a nie prokuratorzy i sędziowie.
Czy proces Demianiuka wpłynie na postrzeganie przeszłości przez Niemców? - Myślę, że tak. Relacje z procesu w wielu Niemcach wzbudzają niepokój. Bo jak to możliwe, że dziś sądzi się szeregowego strażnika, a komendanta obozu SS w Trawnikach pod Lublinem, gdzie Demianiuk był szkolony, niemiecki sąd w latach 70. uniewinnił? Jak sąd ma teraz skazać Demianiuka czy w przyszłości Kunza, skoro ich przełożonych uniewinniano? Nasi sędziowie, wydając wyrok, będą musieli wziąć pod uwagę wyroki wydane przez poprzedników. Jak sobie z tym poradzą?
Może lepiej Kunza czy Demianiuka nie sądzić? Schorowani, dobiegają dziewięćdziesiątki, nie ma gwarancji, że uda się ich skazać... - Nie zgadzam się. Niemcy mają obowiązek ścigać zbrodniarzy, póki żyją i są na tyle poczytalni, by brać udział w procesie. A to, że winę trudno udowodnić, nie oznacza, że prokuratorzy nie powinni próbować.