Z Gianfranco Finim z partii Lud Wolności (PDL) odeszło 30 wiernych mu posłów. Skazuje to rząd Silvia Berlusconiego na balansowanie na granicy utraty większości parlamentarnej. - Jeśli Fini będzie nam bardzo utrudniać życie, to pójdziemy do przyspieszonych wyborów. Na razie nie ma takiej potrzeby - miał wczoraj zapewniać swych współpracowników Berlusconi. Szybkich wyborów (terminowo powinny odbyć się dopiero w 2013 r.) zdecydowanie nie chce też jego główny koalicjant Umberto Bossi, szef populistycznej Ligi Północnej.
Po rozłamie partii 74-letniego Berlusconiego grozi chaos, ale mimo to coraz mniej popularny premier postanowił pójść na konfrontację z 58-letnim Finim uchodzącym za drugiego co do ważności polityka PDL.
Berlusconi ma nadzieję, że dzięki temu odbuduje wizerunek przywódcy trzymającego twardą ręką swych ludzi - zwłaszcza że na szczytach PDL coraz niecierpliwiej przebierają nogami kandydaci do "sukcesji". - Fini rozbija partię. Podważa politykę rządu. Straciliśmy do niego zaufanie. Powinien ustąpić z szefowania parlamentowi - ogłosił Berlusconi w czwartek późnym wieczorem.
Choć wśród przyczyn konfliktów między Berlusconim i Finim są także osobiste ambicje, urazy i walka o wpływy, to główny spór w ostatnich miesiącach dotyczył zagrożeń dla włoskiej demokracji. Fini publicznie domagał się bowiem wyrzucania ministrów, na których ciążą podejrzenia korupcyjne. Bronił też sędziów i prokuratorów przed Berlusconim, który oskarżał ich o spiskowanie przeciw rządowi. Fini zablokował też próbę uratowania immunitetu premiera (gdy ustawę o nietykalności uchylił trybunał konstytucyjny), krytykował go za zdominowanie publicznej TV. W końcu domagał się praw wyborczych dla imigrantów i obywatelstwa dla ich dzieci urodzonych we Włoszech, co rozwścieczało koalicyjną Ligę Północną.
- To przez niego będą nici z ustawy przeciw podsłuchom - mówił niedawno Berlusconi, bo pod naciskiem Finiego musiał nieco rozmyć projekt drakońskiej ustawy przeciw dziennikarzom śledczym wykorzystującym przecieki z podsłuchów prokuratorskich. Zdaniem opozycji ustawa ma bronić przyjaciół premiera (a nawet jego samego), których korupcyjne grzechy systematycznie demaskują media.
Fini, który stał się we włoskiej polityce najważniejszym rzecznikiem proeuropejskiego konserwatyzmu, w ciągu niespełna dwóch dekad przeszedł imponującą drogę od postfaszyzmu do umiarkowanej prawicy. Berlusconi, być może słusznie, mawia, że gdyby nie złamał politycznego tabu i nie zaprosił partii Finiego (czczącej Benita Mussoliniego) do koalicji w 1994 r., ten do dziś "tkwiłby w faszystowskim getcie". Tymczasem Fini wyrzekł się Mussoliniego, pokutnie odwiedził Yad Vashem i połączył swe ugrupowanie z partią Berlusconiego w PDL w 2008 r.
Fini ogłosił wczoraj, że nie zamierza ustąpić z szefowania parlamentowi, tworzy nowe ugrupowanie, które będzie wspierało rząd Berlusconiego "tylko w dobrych reformach". Nawet jeśli Berlusconi utrzyma się na czele rządu do końca kadencji, to rozłam w PDL będzie prawdopodobnie krachem pomysłu na wielką partię centroprawicową, która - tę zasługę oddawali premierowi nawet jego przeciwnicy - dawała nadzieję na trwałe przezwyciężenie chorobliwego rozbicia sceny politycznej we Włoszech.
Źródło: Gazeta Wyborcza