Dla krajów mających problemy budżetowe strefa euro jest bezpieczną przystanią.
Rentowność
euroobligacji emitowanych przez rządy dla finansowania ich długu publicznego jest wyraźnie niższa niż wcześniej obligacji nominowanych w walutach narodowych. Najbardziej zyskują na tym kraje o najwyższym poziomie długu publicznego, takie jak
Grecja. W 1997 roku musiała ona płacić za swój dług odsetki przekraczające 10 proc. rocznie. Rok później weszła do
Europejskiego Systemu Walutowego i już samo to spowodowało spadek długoterminowego oprocentowania do 7,5 proc. Gdy Grecja z opóźnieniem weszła w 2001 roku do strefy euro, rentowność rządowych obligacji spadła do poziomu zbliżonego do całej strefy. Wprawdzie była nieco wyższa niż rentowność niemieckich "bundów", ale różnica przez wiele lat nie przekraczała pół punktu procentowego.
Grecja tak jak inne kraje, wchodząc do strefy euro, zobowiązała się przestrzegać kryteriów z Maastricht, między innymi utrzymywać deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB, a dług publiczny poniżej 60 proc., ale wywiązywała się z tego słabo. Tak naprawdę rząd grecki w 2001 roku sfałszował statystyki, pokazując niższy dług, niż wynosił on w rzeczywistości. A mimo to rynki nagradzały Grecję - i kilka innych krajów mających wysoki dług - niskimi stopami procentowymi. Było to tak, jakby kraje mające nieuporządkowane finanse publiczne pożyczały stabilność od innych.
Ale gdy przyszedł kryzys finansowy i w finansach niemal wszystkich krajów pojawiły się dziury, "pożyczona" wiarygodność zaczęła się załamywać. W ubiegłym roku grecka dziura budżetowa powiększyła się do 12,7 proc. PKB, a dług publiczny sięgnął 120 proc. PKB.
W październiku 2008 roku różnica między rentownością obligacji greckich a niemieckich przekroczyła 1 punkt procentowy, a w grudniu 2008 2 punkty procentowe. Wciąż grecki dług jest mniej kosztowny niż - powiedzmy - polski, choć nasze zadłużenie jest poniżej granicy narzucanej przez Maastricht, a greckie dwukrotnie wyższe. Pożyczona wiarygodność wciąż działa, choć inne kraje strefy euro i eksperci z coraz większym niepokojem patrzą na politykę rządu greckiego. Grecy, "pożyczając" wiarygodność, pogarszają sytuację innych krajów. Można bowiem założyć, że gdyby nie Grecja (a także kilku innych maruderów) długoterminowe stopy procentowe w strefie euro byłyby nieco niższe.
Oburzony na grecki rząd jest Desmond Lachman, były wysoki urzędnik MFW, obecnie związany z American Enterprise Institute, którego tekst "Dlaczego Grecja będzie musiała opuścić strefę euro" ukazał się w "Financial Times". "Nie zdążywszy spełnić kryteriów z Maastricht przed debiutem euro w 1999 roku, rozrzutna Grecja zdołała uzyskać członkostwo w strefie euro w styczniu 2001 dzięki sztuczkom kreatywnej księgowości budżetowej. Idąc o wiele dalej niż
Argentyna, Grecja porzuciła swą narodową walutę na rzecz euro. Dołączyła w ten sposób do klubu, w którym nie zakłada się opcji wyjścia dla któregokolwiek z krajów członkowskich" - pisze Lachman. "Pęczniejący deficyt budżetowy oraz zbyt niskie stopy procentowe importowane z zagranicy tworzą ramy tej niekończącej się gry. Powoduje to nie tylko brak stabilności krajowych finansów publicznych, ale i utratę międzynarodowej konkurencyjności, co prowadzi do narastania ogromnej nierównowagi w wymianie z zagranicą (...)
Ateny powinny opuścić strefę euro tak szybko, jak to możliwe".
Dla Polski przykład Grecji jest ważny z dwu powodów. Widać jak na dłoni korzyści ze strefy euro. Gdyby rentowność naszych obligacji spadła do poziomu obligacji niemieckich, czyli +0,5 punktu procentowego (a zapewne taka byłaby po wejściu Polski do strefy euro), rocznie budżet państwa zyskałby ok. 15 mld zł na obniżce kosztów obsługi długu.
Drugi powód, dla którego warto studiować przykład Grecji, jest taki: "pożyczona" od strefy euro wiarygodność jest wielką wartością, ale tę pożyczkę trzeba kiedyś zwrócić. To znaczy - musimy spełniać zobowiązania, jakie na siebie weźmiemy, wchodząc do strefy euro. Nie po to, by zasłużyć na pochwały międzynarodowych instytucji, lecz by polska gospodarka rozwijała się szybko i stabilnie.