Kraje Europy Zachodniej zmniejszają zakupy gazu od Gazpromu, a w tym czasie PGNiG negocjuje nowy długoletni kontrakt.
Michał Szubski: Sytuacja Polski jest zupełnie inna niż krajów Europy Zachodniej. Firmy niemieckie, włoskie, francuskie mają zawarte długoletnie kontrakty z Gazpromem na nieporównywalnie większe dostawy gazu niż PGNiG. Natomiast Europa Zachodnia przeżywa głęboką recesję i stąd bierze się mniejsze zapotrzebowanie na gaz. Polska ma zdecydowanie lepszą sytuację, a konsumpcja gazu spadła nieznacznie. W Europie Zachodniej kryzys spowodował zmniejszenie zapotrzebowania odbiorców komunalnych na gaz, w Polsce nic takiego nie nastąpiło. Polskie gospodarstwa domowe recesji praktycznie nie odczuły, a zmniejszenie zapotrzebowania na gaz dotyczy jedynie przemysłu. Wniosek jest taki - gdy w Europie Zachodniej powróci wzrost gospodarczy, popyt na gaz ponownie wzrośnie i wzrosną dostawy z Gazpromu. Druga połowa roku 2008 i rok 2009 są wyjątkowe i na ich podstawie nie należy mówić o długoletnich trendach na rynku gazu. Polska od 2003 roku, gdy wynegocjowano z Rosją zmniejszenie dostaw, żyje w permanentnym deficycie gazu. Waha się on od 2 do 3 mld m sześc. rocznie. Był łatany doraźnymi umowami z pośrednikami, którzy byli bardziej lub mniej wiarygodni, i nie chcielibyśmy w dalszym ciągu być w takiej sytuacji.
Czyli Europa ma gazu za dużo, a Polska ma niedobór?
- Europa ma dobrze zbilansowane dostawy.
Ale redukcje zapotrzebowania Europy Zachodniej na gaz rosyjski są bardzo głębokie, sięgające w tym roku 30 proc. To nie jest tylko skutek recesji, ale też trendów globalnych - na przykład szybkiego wzrostu produkcji gazu w Stanach Zjednoczonych, co uwalnia zasoby gazu skroplonego. Stany Zjednoczone już praktycznie nie importują LNG, więc ten gaz może kupować Europa.
- Według mojej wiedzy żadna z firm europejskich nie rozpoczęła renegocjacji wieloletnich kontraktów z Gazpromem. Nadpodaż jest chwilowa i będzie trwała tak długo, aż przemysł zacznie wychodzić z recesji. Wkrótce wszystko na rynkach gazu wróci do normy. Można dyskutować, czy nastąpi to w roku 2010, czy 2011 r.
I sądzi pan, że zachodnioeuropejskie firmy w dalszym ciągu będą zawierały długoletnie kontrakty oparte na cenie ropy naftowej?
- Oczywiście, do tej pory nikt nie wymyślił lepszego mechanizmu. Toczy się wprawdzie od wielu lat dyskusja, na jakich wskaźnikach ma być tworzona formuła cenowa w kontraktach gazowych, ale w praktyce wciąż obowiązują formuły oparte na cenach ropy lub ropopochodnych i nikt tego nie kwestionuje.
Jednak coraz częściej kwestionuje się wiązanie cen gazu z cenami ropy. Czytałem analizy kilku banków dotyczące sytuacji Gazpromu. Wszystkie podkreślają, że liberalizacja rynku gazu w Europie sprawia, że ceny gazu nie będą podążały za cenami ropy.
- Bankowcy skompromitowali się, doprowadzając do światowego kryzysu finansowego. W sprawie gazu nie są żadnym autorytetem. Oczywiście znam pogląd, że ceny gazu i ropy w najbliższych latach będą kształtowały się odmiennie. Został on przedstawiony w raporcie Międzynarodowej Agencji Energetycznej. Ale to tylko jedna z teoretycznych hipotez. Praktyka jest taka, że wciąż obowiązują długoletnie kontrakty dostaw gazu, gdzie cena gazu powiązana jest w różny sposób z cenami ropy naftowej.
Skoro Europa ma nadwyżkę gazu, a Polska niedobór, to może najprościej byłoby kupować gaz w Europie. Na rynkach spotowych można go dziś kupić dwa razy taniej, niż PGNiG płaci w długoletnich kontraktach.
- Kupić można bez żadnego problemu, tylko nie można go dostarczyć do Polski.
Dlaczego?
- Bo nie ma którędy, nie połączyliśmy się z sieciami europejskimi.
Nie można go kupić w Niemczech lub w Holandii i odebrać z gazociągu jamalskiego, który przechodzi przez Polskę? Przecież w Europie Zachodniej takie operacje swapowe na rynku gazu to standard.
- Z punktu widzenia formalnoprawnego ma pan rację, ale do takich transakcji brak chętnych. Rozmawialiśmy w I połowie 2009 roku ze wszystkimi firmami europejskimi. Proponowaliśmy zakup z punktem odbioru w Polsce z gazociągu tranzytowego. Każdy z kontrahentów warunkował taką umowę zgodą Gazpromu.
I co na to Gazprom?
- Mówi - przecież od nas możecie kupić.
Czy to nie jest łamanie dyrektyw unijnych? Przecież operatorzy gazociągów nie mogą decydować, jaki gaz płynie ich rurami i od kogo odbiorcy chcą kupować gaz.
- Żeby kupić, ktoś musi sprzedać. Zachodnie firmy energetyczne nie chcą zawrzeć z nami takiej transakcji, jeżeli nie godzi się na nią Gazprom, i nic na to nie poradzimy. Niezależnie od deklaracji o solidarności energetycznej Europy wszystkie europejskie firmy gazownicze robią wielkie interesy z Gazpromem. I to nie na 2 mld m, które Polska dodatkowo negocjuje, ale na kilkadziesiąt miliardów. I sądzi pan, że zaryzykują swoją pozycję negocjacyjną, by sprzedać miliard metrów Polsce? Nie żartujmy! Każdy z nich wie, że partnerem dla niego jest Gazprom.
Źródło: Gazeta Wyborcza