http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Recesja mija, kłopoty zostają

Witold Gadomski
2009-11-02, ostatnia aktualizacja 2009-11-01 22:17

Przed rokiem, gdy upadł amerykański bank Lehman Brothers, światowe rynki finansowe ogarnęła panika, a wielu ekonomistów obawiało się, że zaczyna się wielki kryzys, porównywalny z tym z lat 30., a na pewno największy od II wojny światowej. Statystyki nie potwierdzają tych obaw.

Bezrobotna przegląda ogłoszenia w urzędzie pracy
Fot. Mark Lennihan AP
Bezrobotna przegląda ogłoszenia w urzędzie pracy
Już w II kwartale 2009 roku największe gospodarki europejskie - niemiecka i francuska - zanotowały wzrost. Wzrosła też po trwającej ponad dekadę stagnacji gospodarka japońska. W miniony czwartek dobre informacje nadeszły też ze Stanów Zjednoczonych, gdzie odtrąbiono koniec recesji. W III kwartale PKB wzrósł o 3,5 proc. w stosunku do kwartału II. Wskaźnik ten jest oczyszczony z wahań sezonowych i przeliczony na cały rok. To znaczy, że jeżeli gospodarka utrzyma podobną dynamikę, to w ciągu czterech kwartałów PKB wzrośnie za oceanem o 3,5 proc. To więcej, niż się spodziewano.

Jednak gospodarka amerykańska wciąż jest na minusie w stosunku do IV kwartału 2007 roku - ostatniego sprzed recesji. W ujęciu rocznym amerykańskie PKB spadnie w 2009 roku o blisko 3 proc., a od rozpoczęcia recesji o blisko 3,6-4,0 proc. To była jedna z najgłębszych recesji po roku 1945, ale w żadnym wypadku nie można jej porównać do Wielkiej Depresji lat 30. ani nawet do tej z 1945 roku, która spowodowała ponad 10-proc. spadek PKB.

Centrum świata sunie do Azji

Informacja o końcu recesji w USA nie wzbudziła jednak wielkiego entuzjazmu. W czwartek inwestorzy się cieszyli, na giełdach były wzrosty. W piątek większość giełd, także warszawska, już notowała spadki. Wzrosły giełdy azjatyckie, ale powodem było podwyższenie przez międzynarodowe instytucje finansowe prognoz wzrostu Chin i Indii.

"Azjatyckie gospodarki bardzo silnie zareagowały na pakiety stymulacyjne - monetarny i fiskalny" - oświadczył przed kilku dniami Anoop Singh, dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego na Region Azji i Pacyfiku. MFW przewiduje, że w przyszłym roku gospodarki azjatyckie wzrosną średnio o 5,75 proc., gdy gospodarki krajów najbogatszych skupionych w G-7 tylko o 1,25 proc. Azja stopniowo powraca do swego "normalnego", to znaczy bardzo szybkiego tempa wzrostu, które w ostatniej dekadzie wynosiło ponad 6,5 proc. rocznie. Eksperci oczekują w najbliższych latach wzrostu popytu wewnętrznego w Chinach, Indiach i kilku innych krajach azjatyckich, co stopniowo będzie ograniczać ich uzależnienie od koniunktury w światowym handlu.

Według MFW w tym roku gospodarka Japonii skurczy się o 5,4 proc., Tajwanu o 4,1 proc., Singapuru o 1,7 proc., Korei Południowej o 1 proc. Gospodarka Chin wzrośnie o 8,5 proc., a Indii o 5,4 proc. W przyszłym roku cały region będzie już na plusie. Gospodarka Japonii ma wzrosnąć o 1,7 proc., Korei o 3,6 proc., Singapuru o 4,3 proc., Tajwanu o 3,7, Chin o 9 proc., a Indii o 6,4 proc.

Punkt ciężkości światowej gospodarki przesuwa się coraz mocniej w stronę Azji.

Media w krajach rozwiniętych są jednak konserwatywne i śledzą, co się dzieje w gospodarce amerykańskiej i europejskiej. A tam zaczyna się dziać coraz lepiej, choć wszyscy wiedzą, że do końca kryzysu jeszcze długa droga.

Być albo nie być - oszczędzać czy wydawać

Prezydent Barak Obama, komentując 3,5-proc. wzrost, mówił: "Wiele lat brnęliśmy w ten kryzys, a wydobycie się z niego zajmie nam jeszcze wiele miesięcy". Nie omieszkał dodać, że polityka antyrecesyjna jego rządu jest dokładnie taka, jaka powinna być.

Komentatorzy podkreślają, że wzrost jest w dużej mierze zasługą wartego blisko 800 mld dol. pakietu stymulacyjnego uruchomionego przez obecny rząd. Ale to, co wbija w dumę prezydenta, niepokoi wielu ekonomistów.

- Największy wpływ na wzrost PKB miała konsumpcja - ocenia Ian Shepherdson, główny ekonomista High Frequency Economics, uważany za jednego z najbardziej wpływowych analityków w USA i Wielkiej Brytanii. -Szacuję, że jedna trzecia tego wzrostu konsumpcji wynikała z programu "gotówka za złomowanie". Krótko mówiąc, niezły kwartał. Ale spodziewam się, że kolejny będzie gorszy.

Nie wszyscy są tak pesymistyczni. Niektórzy spodziewają się w czwartym kwartale wzrostu stymulowanego odbudowywaniem zapasów i poprawą sytuacji w handlu międzynarodowym.

Ekonomistów bardzo jednak niepokoi realny spadek dochodów w Stanach Zjednoczonych i stały wzrost stopy oszczędności. To ostatnie jest wymuszone sytuacją. Ameryka długo żyła na kredyt - zarówno rząd, jak i gospodarstwa domowe. Kryzys finansowy wymusił nie tylko ograniczenie nowych kredytów konsumpcyjnych i inwestycyjnych, ale też konieczność przyspieszonej spłaty już zaciągniętych. Od początku roku Amerykanie obniżyli poziom zadłużenia z tytułu kredytów konsumpcyjnych o 96,4 mld dol. Na dłuższą metę to zdrowe zjawisko, ale doraźnie sprawia, że mniej wydają pieniędzy.

Jeżeli w III kwartale wydatki konsumpcyjne wzrosły, dając największy wkład do wzrostu PKB, to w dużej mierze dzięki programowi stymulacyjnemu rządu. Innymi słowy - rząd się zadłuża, daje pieniądze Amerykanom, a ci część z nich zanoszą do banków, a część do sklepów. Co będzie, gdy strumień pieniędzy "stymulacyjnych" się wyczerpie? Może wówczas gospodarka amerykańska będzie już zdolna do samoczynnego wzrostu? Nikt nie przedstawia wiarygodnych symulacji popierających tę tezę.

Fundamenty wciąż trzeszczą

Ekonomistów niepokoi też widmo inflacji. Dziś to wygląda na abstrakcję. W strefie euro ceny spadają (inflacja jest ujemna, choć bliska zera), w Stanach Zjednoczonych we wrześniu inflacja wyniosła minus 1,32 proc. Dopóki moce produkcyjne pozostaną niewykorzystane, trudno mówić o wzroście cen. Ale niekonwencjonalna polityka banków centralnych w ostatnim roku wpompowała na rynek ogromną masę pieniędzy. Zdaniem analityków banki wkrótce wrócą do konwencjonalnej polityki pieniężnej i zaczną podnosić stopy procentowe. To znaczy, że zniknie bodziec monetarny pobudzający gospodarki.

Wszyscy podkreślają, że o prawdziwym końcu recesji można będzie mówić wówczas, gdy ceny domów zaczną rosnąć, a bezrobocie spadać. Na to się na razie nie zanosi.

Kilka miesięcy temu duże nadzieje wzbudziła informacja amerykańskiego biura statystycznego, że ceny domów zaczęły wreszcie rosnąć. Ich spadek był bezpośrednią przyczyną krachu na rynkach finansowych, który z kolei spowodował obecną recesję. Odbudowa rynku nieruchomości poprawiłaby sytuację wielu banków mających w swych portfelach aktywa powiązane z kredytami hipotecznymi i tryby gospodarki zaczęłyby się kręcić. W drugim kwartale średnia cena nowo sprzedawanego domu wzrosła z 257 tys. do 273,4 tys. dol. Były to pierwsze wzrosty od początku 2007 roku. Ale dane z III kwartału są rozczarowujące. Ceny znów spadły, przy czym mediana (czyli cena środkowa - połowa sprzedawanych domów jest tańsza niż mediana, a połowa droższa) spadła poniżej poziomu z I kwartału. Nowy dom kosztuje dziś średnio 17 proc. mniej niż w I kwartale 2007 roku, gdy ceny były rekordowo wysokie.

We wrześniu spadła także liczba sprzedanych domów - o 3,6 proc. w porównaniu z sierpniem i 7,8 proc. w porównaniu z wrześniem 2008 roku. Spadek na rynku nieruchomości pokazuje, że jednorazowe dobre informacje - jak te z II kwartału - nie muszą jeszcze oznaczać zmiany trendu.

W niektórych innych krajach trend na rynku nieruchomości zaczął się odwracać. W Wielkiej Brytanii, która po Stanach Zjednoczonych ucierpiała najbardziej na krachu nieruchomości, ceny domów rosną od kilku miesięcy, choć wciąż pozostają o ponad 13 proc. niższe niż w październiku 2007 roku, gdy notowały szczytowy poziom.

Świat musi poszukać nowej lokomotywy

Rynek pracy również nie dostarcza dobrych wiadomości. We wrześniu, jak podało Bureau of Labor Statistics, liczba miejsc pracy w USA poza rolnictwem spadła o 263 tys., a bezrobocie wzrosło do 9,8 proc. Największe redukcje zatrudnienia nastąpiły w budownictwie, przemyśle przetwórczym, handlu detalicznym i sektorze rządowym. To ostatnie jest niespodzianką, gdyż wydatki rządowe wzrosły. Ale w wielu agencjach rządowych zaczynają się już oszczędności.

Od początku recesji w grudniu 2007 roku liczba bezrobotnych wzrosła z 7,6 mln do 15,1 mln, a stopa bezrobocia się podwoiła. To najgorszy wynik od roku 1982. Wówczas istniała jednak nadzieja na szybkie odbudowanie rynku pracy. Deregulacja i obniżka podatków zdynamizowały gospodarkę amerykańską. W połowie lat 80. liczba miejsc pracy w USA w gwałtownie wzrosła, a bezrobocie spadło do poziomu wynikającego z naturalnej mobilności pracowniczej.

W latach 90. Amerykanie przyzwyczaili się, że stopa bezrobocia oscyluje wokół poziomu 5 proc., niespecjalnie dokuczliwego społecznie. Dziś nie ma nadziei na szybki powrót do tej sytuacji, zwłaszcza że ogromny deficyt budżetowy i plany nowych wydatków (przede wszystkim związanych z reformą zdrowia) wymuszą w kolejnych latach wzrost obciążeń podatkowych.

Przez 20 ostatnich lat ekonomiści uznawali za naturalne, że w Stanach Zjednoczonych bezrobocie jest dwukrotnie niższe niż średnie w Europie. Tłumaczyli to większą elastycznością amerykańskiego rynku pracy i niskimi kosztami pracy niskokwalifikowanej w Ameryce. Być może teraz sytuacja trwale zmieniła się. To Europa okaże się skuteczniejsza w zwalczaniu bezrobocia.

Zdaniem ekspertów rządowych pakiet stymulacyjny Obamy ma stworzyć milion miejsc pracy - wielokrotnie mniej niż gospodarka utraciła od początku recesji. Rząd przygotowuje plan ulg podatkowych, które mają pomóc zwiększać zatrudnienie w sektorze małych i średnich firm. Planowane są ulgi dla rodzin kupujących pierwszy dom, lecz oznacza to przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Tak czy inaczej nad gospodarką amerykańską wisi wielki dług i spłacać go można, tylko wyjmując z kieszeni Amerykanów kolejne dolary, których zabraknie na konsumpcję i inwestycje. Dopóki dług USA nie powróci do "przyzwoitego" poziomu - ok. 60 proc. PKB z obecnych 90 proc. - trudno marzyć o silnym odbiciu gospodarki. Przez lata wszyscy przyzwyczaili się traktować amerykańską gospodarkę jako lokomotywę całego świata. Wygląda na to, że świat musi znaleźć inną lokomotywę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 40 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':