Czekamy na Wasze listy. Napisz: pytanieokryzys@gazeta.pl
>
Witold Orłowski, doradca PriceWaterhouseCoopers PKB: w tym roku wzrost lekko powyżej 0 proc. W przyszłym między 1 a 2 proc.
Inflacja: w końcu roku spadnie do 3 proc., w przyszłym do 2 proc.
Bezrobocie: będzie wzrastało w tym roku umiarkowanie, o 1-1,5 pkt proc. W przyszłym roku kolejny wzrost o 1-2 pkt, do 14-15 proc.
Złoty: jeśli nie będzie znów szoku na rynkach światowych, to do końca roku złoty powinien być względnie stabilny gdzieś na poziomie nieco ponad 4 zł za euro. W 2010 r. wraz z powrotem lepszych warunków wzmocni się do 3,7-3,8 zł.
Krzysztof Rybiński, prof. SGH, partner w firmie doradczej Ernst & Young PKB: w tym roku między 0 a 1 proc., w przyszłym między 1 a 2 proc.
Inflacja: w końcu roku 2009 - 3 proc., w przyszłym 1,5 proc. Presja inflacyjna będzie niska, co powinno stworzyć możliwość niewielkiej obniżki stóp procentowych, może o 50 pkt bazowych. Niska inflacja może być jednak problemem dla budżetu.
Bezrobocie: w tym roku 13 proc., w przyszłym szczyt bezrobocia - 14 proc.
Złoty: w 2010 r. nie będzie jeszcze wyraźnego trendu, na rynku walutowym może być dość nerwowo, wyraźna aprecjacja złotego może pojawić się dopiero w latach 2011-12.
Mateusz Morawiecki, prezes Banku Zachodniego WBK PKB: będę bardziej optymistyczny - w tym roku 1,5 do 2 proc. w przyszłym 2-2,5 proc.
Inflacja: na koniec roku ok. 2,5 proc., a 2 proc. w 2010 r. Nowa Rada Polityki Pieniężnej będzie chciała pokazać, że cel statutowy bierze poważnie i szybko przystąpi do jastrzębich ruchów.
Bezrobocie: w tym roku nieco poniżej 13 proc., w przyszłym trochę poniżej 14 proc. Warto zaznaczyć, że bezrobocie faktyczne jest u nas o mniej więcej 3 pkt proc. wyższe niż mierzone w badaniach, bo w Polsce, niestety, opłaca się być bezrobotnym.
Złoty: euro pozostanie drogie, w granicach 4,1-4,2 zł, ze względu na wahania na giełdzie, których spodziewam się w końcówce roku. W 2010 r. nie powinno być kolejnych znaczących zawirowań finansowych i kurs spadnie do ok. 3,9 zł na koniec roku.
Ryszard Petru główny ekonomista BRE Banku
PKB: w tym roku wzrost 1 proc., w przyszłym 2,7 proc.
Inflacja: na koniec roku 3,8 proc., w końcu przyszłego 2,7 proc.
Złoty: jeśli poprawią się nastroje globalne, będzie silna aprecjacja. Kurs euro spadnie do 3,9 zł w końcu 2009 r. i 3,6 rok później.
Stopa procentowa: 3,5 proc. na koniec 2009 r. i 4,0 na koniec 2010 r.
Bezrobocie: wzrośnie umiarkowanie - 12,5-13 proc. w końcu 2009 r., 13,5 proc. w końcu 2010.
Stefan Kawalec, b. wiceminister finansów, prezes firmy doradczej Capital Strategy
PKB: wzrost po 1 proc. w 2009 i w 2010 r.
Bezrobocie: rejestrowane wyniesie 12,5 proc. w końcu 2009 i 14,5 proc. w końcu 2010.
Inflacja: w końcu 2009 r. - 3 proc., w końcu 2010 - 2,5 proc.
Złoty: NBP powinien być gotowy do interweniowania, aby zapobiec umocnieniu złotego, gdyby powstało ryzyko, że kurs euro spadnie poniżej 4 zł.
(Jak długo potrwa kryzys i czy widać już oznaki końca?
Witold Orłowski: Widać pewne podstawy do bardzo ostrożnego optymizmu. Nastroje na świecie zaczęły się poprawiać, media szukają pozytywnych wiadomości. Nastroje są bardzo ważne, choć nie przesądzają, że sytuacja się poprawi w sposób trwały i kolejne kwartały będą coraz lepsze.
Czy ożywienie w Polsce okaże się trwałe? To zależy od sytuacji na świecie, a zwłaszcza w Europie Zachodniej. Gdy gospodarka niemiecka zacznie rosnąć, to wzrośnie i nasz eksport. Ale uwaga - nie natychmiast. Przyjmuje się, trochę bezrefleksyjnie, że spowolnienie gospodarcze dotarło do nas z opóźnieniem, ale ożywienie nastąpi równocześnie z krajami zachodnimi. To nie jest takie pewne. Jeśli w Niemczech ożywienie zacznie się na początku 2010 r., to polska gospodarka zapewne zacznie przyspieszać dopiero w II połowie przyszłego roku.
Jest trochę pozytywnych sygnałów z Europy Zachodniej, tyle że są one źle interpretowane. W Niemczech w II kwartale zanotowano 0,3 proc. wzrost PKB w stosunku do I kwartału, ale w I kwartale sytuacja była fatalna, a więc w drugim tylko nieco mniej fatalna. W porównaniu z II kwartałem 2008 wciąż mamy głęboki spadek PKB. Można co najwyżej mówić, że recesja przestała się pogłębiać.
Czy programy stymulacyjne zadziałały? Dowiemy się, gdy rządy przestaną wydawać pieniądze na pobudzanie gospodarki. Czy gdy Niemcy przestaną dopłacać do wymiany samochodów, nie skończy się cud na rynku motoryzacyjnym? To będzie prawdziwy test, czy rzeczywiście nastąpił koniec recesji.
Krzysztof Rybiński: Gospodarka światowa płonęła ogniem wzrostu, aż nagle spadł potężny deszcz i wszystko zgasił. Rządy w różnych krajach próbują podpalić to ognisko, wtykając łatwopalny papier w przypadkowe miejsca i podpalając na chybił trafił. Albo się zajmie, albo nie. Papier może się dopalić i zostanie tylko ciepły popiół. Problem w tym, że niewiele zostało papieru.
Nikt nie jest w stanie wytrzymać dłużej niż rok czy dwa deficytów fiskalnych na poziomie 7-8, a tym bardziej kilkanaście procent PKB. Wcześniej czy później rządy będą musiały wycofać impulsy stymulacyjne i wtedy się okaże, czy do tego czasu popyt prywatny "zaskoczył", czy nie. Takie impulsy to pożyczanie popytu z przyszłości. W normalnych czasach użytkownik złomowałby samochód za trzy lata, a jak są dopłaty, to robi to już teraz. Ale to znaczy, że przez jakiś czas samochodu już nie kupi. Ten "pożyczony popyt" w przyszłości się nie pojawi.
W 2010 r. będzie wycofywanie impulsów fiskalnych. Będą podwyżki podatków, cięcia wydatków. Popyt w świecie zachodnim nie odbuduje się szybko. Kryzys zdarzył się w momencie, kiedy świat zaczął sobie zdawać sprawę z wyzwań demograficznych, z bankructwa systemów ochrony zdrowia i zabezpieczenia społecznego.
USA będą już pełnić roli konsumenta ostatniej instancji. Inwestycje też szybko się nie odbudują, bo mamy globalną nadwyżkę mocy produkcyjnych.
Świat czeka w przyszłym roku niski wzrost gospodarczy, z ryzykiem drugiego, płytszego dna recesji. Bezrobocie będzie ciągle rosło, prawdopodobnie również w Polsce.
Globalną poprawę odczujemy dopiero w roku 2011.
Mateusz Morawiecki: Skupię się na sytuacji w Polsce. W II kwartale rosną wskaźniki mikroekonomiczne: liczba transakcji na kartach kredytowych o ponad 10 proc., a na kartach debetowych o 14-15 proc. Poziom kredytów niespłacanych niestety nie maleje, ale dzisiaj kredyty są lepiej zabezpieczone niż podczas poprzednich okresów spowolnienia gospodarczego. W latach 2001-02 złe długi były na poziomie aż 22-23 proc., teraz kredyty niepracujące wzrosną, być może nawet do poziomu ok. 9 proc. w sektorze, ale przy lepszych zabezpieczeniach nie będzie to problem porównywalny z poprzednim okresem spowolnienia. Natomiast faktyczne bezrobocie jest cały czas na poziomie średniej z czasów prosperity.
Widać oznaki powolnej poprawy, np. więcej wniosków kredytowych na cele prorozwojowe, dla małych i średnich przedsiębiorstw. W ostatnich trzech kwartałach maleją zapasy, można więc mieć nadzieję, że przy wzroście popytu w kolejnych kwartałach zapasy będą odbudowywane, a to także powinno nadać gospodarce nowy impuls.
Warto też zauważyć, że na tle UE przyrost bezrobocia jest niższy. Polskie firmy mają bardziej wywarzone podejście do biznesu niż w poprzednich okresach. Widzimy to po małych i średnich przedsiębiorstwach, które nie są ani przeinwestowane, ani nadmiernie zadłużone. Trzeba podkreślić, że przedsiębiorcy szybko zrestrukturyzowali swoje firmy. Problemy w sektorze biznesowym, korporacyjnym oraz małych i średnich przedsiębiorstw są mniejsze, niż przewidywały banki. Dzięki inwencji naszych przedsiębiorców może to być nasze pięć minut, żeby powalczyć o nowe rynki, o dobrą percepcję polskich produktów i o polski brand, polską markę.
Nasi przedsiębiorcy zachowują się bardziej prorynkowo niż ich koledzy z Zachodu, nie szukają pomocy państwa, tylko są elastyczni, sprytni i nowocześni - teraz, gdy płynność powraca i powoli wzrasta apetyt na ryzyko, to właśnie małe i średnie firmy mogą być motorem naszej gospodarki.
Jestem po serii spotkań w Londynie z inwestorami, funduszami inwestycyjnymi czy funduszami hedgingowymi i widzę duże, bardzo pozytywne zainteresowanie Polską. Inwestorzy zastanawiają się, czy nie przesunąć do naszego kraju części produkcji np. z Niemiec. Bo u nas po pierwsze, jest cały czas taniej, a po drugie, Polska oferuje im dobrze przygotowaną, wykształconą kadrę. Rozmawiałem też z kilkoma ekonomistami niemieckimi i są pełni podziwu dla polskich osiągnięć. Powiedzieli mi, że jeszcze kilka takich kwartalnych wyników, a w Niemczech przestanie się mówić o Polnische Wirtschaft z ironią i lekceważeniem, zacznie się to pojęcie wymawiać z respektem.
Ryszard Petru: W ostatnim kwartale różne kraje dotknęły dna i obecnie jesteśmy na etapie szorowania po dnie i odbijania się od niego. Na początku roku nastąpiły eksplozja paniki, porównania z wielkim kryzysem lat 30. Teraz widać, że recesja nie będzie aż tak głęboka. Wychodzimy z postlehmanowskiego szoku, wchodzimy w normalną recesję. Upadek rok temu Lehman Brothers zamroził rynki finansowe. Obecnie obserwujemy poprawę płynności, banki zaczynają sobie pożyczać, pojawiają się inwestorzy, którzy szukają możliwości inwestowania.
Wciąż jesteśmy dalecy od normalności, ale widać poprawę od naszego poprzedniego spotkania w "Gazecie". Osobiście spodziewam się odbicia inwestycyjnego, gdyż część inwestycji została wstrzymana ze względu na postlehmanowską panikę.
W przyszłym roku możemy też oczekiwać wzrostu handlu globalnego, co przełoży się na wzrost optymizmu, odbicie inwestycyjne i na odbudowę zapasów.
Mój umiarkowany optymizm wiąże się głównie z perspektywą odbudowy popytu inwestycyjnego. Nie do poziomów lat 2007-08, ale wyraźnie.
Wciąż jednak kluczowy jest nastrój globalny. W naszych debatach jesteśmy strasznie polocentryczni. Tak naprawdę możliwość inwestowania będzie pochodną tego, co się dzieje w USA, w UE, co zrobi ECB i FED.
Jaki będzie kształt recesji? Spodziewam się niesymetrycznego W. Gdy rządy wycofają się z programów stymulacyjnych, nastąpi kolejne tąpnięcie, ale płytsze od pierwszego.
Dynamika wzrostu na świecie będzie niższa niż przed kryzysem. Po pierwsze dlatego, że USA muszą oszczędzać i mniej konsumować niż dotychczas. Po drugie, wzrosną podatki (ze względu na wielkie deficyty) i stopy procentowe (z powodu silnej presji inflacyjnej w przyszłości).
W Polsce w II połowie 2010 r. odczujemy poprawę, ale w ciągu najbliższych kwartałów pomimo poprawiających się wskaźników makro będziemy odczuwali opóźnione efekty negatywne - wzrost bezrobocia, deficytu, wzrost złych kredytów. To będzie ta druga fala kryzysu.
Stefan Kawalec: Dzisiaj nastroje zarówno na świecie, jak i w Polsce są lepsze, niż były pół roku temu. Niemiecka gospodarka przestała się kurczyć i pojawiły się w niej oznaki wzrostu. Wygląda to tak, jakby największa gospodarka europejska zaczynała odbijać się od dna. Wielu obserwatorów obawia się jednak ponownego spadku aktywności w związku z tym, że skończyły się specjalne programy rządowe stymulujące popyt, a system bankowy nie uporał się jeszcze z niespłacalnymi kredytami. Istnieje zatem poważne ryzyko, że kryzys w gospodarce niemieckiej będzie jeszcze miał swoje drugie dno. To, co będzie w Polsce, zależy przede wszystkim od sytuacji w gospodarce niemieckiej i od kursu walutowego. Osłabienie złotego było dotąd istotnym czynnikiem łagodzącym wpływ światowego kryzysu na naszą gospodarkę. Ostatnie informacje o wysokim deficycie budżetowym zmniejszyły ryzyko, że dojdzie do silnego umocnienia złotego.
Poważnym zagrożeniem jest duży deficyt sektora finansów publicznych. Można się obawiać, że dług publiczny przekroczy limit 55 proc. PKB, a nawet 60 proc. Wtedy na mocy konstytucji musielibyśmy gwałtownie ciąć wydatki, aby obniżyć relację zadłużenia do PKB. Oznaczałoby to paraliż państwa.
(Czy rząd, NBP, Komisja Nadzoru Finansowego radzą sobie z kryzysem? Czy relatywnie dobrą gospodarczą sytuację zawdzięczamy im, czy raczej korzystnemu zbiegowi okoliczności?
Witold Orłowski: Opowieści, jak to polski rząd powinien interweniować, stosując duże pakiety stymulacyjne, to po prostu fantazjowanie. Rząd nie może nic poza dbaniem, by nie doszło do katastrofy w finansach. Minister finansów nie może podnieść podatków, np. VAT-u, jeśli nie chce wpędzić gospodarki w recesję. Nie może też obciąć wydatków, bo w większości chronią je ustawy, a ich zmianę zawetuje prezydent. Groźba przekroczenia granicy długu 55 proc. PKB jest rzeczywiście poważna. Na wielkość długu najsilniej działa zresztą kurs walutowy, a nie sama skala deficytu.
Rząd trzymał się retoryki niskiego deficytu budżetowego, która się najwyraźniej rynkom spodobała. Rząd doczekał z tym do chwili, gdy nastroje zaczęły się poprawiać. Oczywiście nikt nie wierzył, że Polska będzie miała 3 proc. PKB deficytu, ale tamte zapowiedzi robiły wrażenie.
Nie mam więc specjalnych zarzutów do bieżącej polityki fiskalnej rządu, ale gorzej to wygląda w perspektywie wieloletniej. Problemem Polski nie jest deficyt w roku 2010, tylko brak ścieżki wyjścia z deficytu. Rząd sugeruje, że w 2011 r. zacznie niepopularne reformy, bo już będzie inny prezydent. To scenariusz raczej wątpliwy. Rząd nie przedstawia, co zamierza zrobić, by deficyt ograniczyć, gdy już powstaną polityczne warunki.
Niewiele też robi, by pomóc gospodarce, ograniczając biurokratyczne przeszkody. To akurat ani nie wymagałoby wielkich wydatków, ani nie byłoby blokowane przez opozycję, choć zapewne spotkałyby się z oporem samej biurokracji. A tymczasem trudności gospodarcze sprzyjają podejmowaniu radykalnych decyzji. Jeżeli więc nie uda się tego przeforsować w roku 2010, to nie wiem kiedy.
Rząd i nadzór bankowy zrobili niewiele w celu poprawy sytuacji w sektorze bankowym. Mityczne gwarancje kredytowe w końcu weszły w życie, ale chyba nikt ich jeszcze nie widział. Gdyby zrealizowały się czarne scenariusze finansowe, mielibyśmy potężne problemy. Na szczęście jednak świat chyba wychodzi z szoku postlehmanowskiego. Nie spełniły się czarne wizje panicznych zachowań zagranicznych właścicieli polskich banków. Przeciwnie, zagraniczne centrale zachowały się tak, jak moglibyśmy sobie życzyć, dostarczyły płynności polskim bankom. Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia. Gdyby sprawy w sektorze bankowym poszły w inną stronę, działania, które podjął rząd, KNF i Narodowy Bank Polski, okazałaby się niewystarczające.
Nie chcę rządowi odbierać zasług, ale powiedziałbym, że więcej niż działań było zaniechań, które jakimś cudem nie spowodowały strat.
Recepta na przyszłość? Uzdrowić finanse publiczne, bo są tykającą bombą. W ciągu kilku lat wprowadzić euro.
I modlić się, by nie było drugiego Lehmana, drugiego dna kryzysu. Jeśli nie będzie, to wzrost powróci.
Krzysztof Rybiński: Taka fraszka mi się ułożyła po publikacji informacji na temat dziury budżetowej: Popularność wielka, a słupek wysoki, Opozycji zawiść aż wychodzi bokiem, Cała zagranica swego chyli czoła, I tylko żałuję, że dupa wciąż goła.
Partia rządząca cieszy się nieprawdopodobną popularnością, a jednocześnie mamy przez dwa lata z rzędu ogromny deficyt sektora finansów. Tempo zadłużania kraju jest groźne. To nie tylko problem rządu i ministra finansów. Uparcie twierdzę, że za finanse publiczne odpowiada 561 ludzi: 460 posłów, 100 senatorów i 1 prezydent. Ograniczenie deficytu wymaga zmian ustawowych. Powinniśmy rozliczać nie rząd, lecz 561 osób z tego, czy podjęły dobre dla kraju decyzje.
Mnie się podoba określenie Ryszarda Petru, że Polska jest prymusem na peryferiach. Jest możliwe, że Polska dobrze przetrwa kryzys, ale później pozostanie na poziomie wzrostu 3,5-4 proc. A inne kraje naszego regionu, które podejmują trud reform w czasach kryzysu, pójdą ścieżką wzrostu 5-7 proc.
Jak tego uniknąć? Recepta jest prosta. Trzeba dokończyć reformy pierwszej generacji: prywatyzację, KRUS, wprowadzenie powszechnego systemu podatkowego, podniesienie wieku emerytalnego, by odpowiedzieć na wyzwania demograficzne. Potem reformy drugiej generacji, takie jak te, które wdrożyło wiele miast w USA: stworzyć bodźce, by reformatorom reformy się opłacały. Jak ktoś zaproponuje oszczędności w budżecie, to jakiś procent oszczędności trafia do jego kieszeni.
To mogłoby zdziałać cuda w ochronie zdrowia czy w MON.
Z KRUS-em można zrobić tak: zabieramy z niego 5 mld i przeznaczamy na rozwój środowisk wiejskich, które są niedoinwestowane, i na poprawę poziomu edukacji w szkołach wiejskich. Dziecko wiejskie przegrywa już na starcie, bo nie ma dostępu do przedszkola i dobrej szkoły.
Takie reformy można by przeprowadzać nawet w latach wyborczych, gdyż byłyby podejmowane ponad podziałami.
Mateusz Morawiecki: Rząd, NBP i KNF w okresie turbulencji dobrze wypełniły swoje zadania. To dzięki ich działaniom nie wpadliśmy w jeszcze większe tarapaty. Rząd utrzymywał rynki w przekonaniu, że będzie skrupulatnie pilnował restrykcyjnego deficytu i dzięki temu nie było problemów ze sprzedażą naszych obligacji. Uspokajanie wysoce zmiennych rynków jest jednym z pierwszoplanowych zadań rządu i z tego gabinet Donalda Tuska oraz NBP i KNF wywiązali się bez zarzutu. Warto także podkreślić odpowiedzialne zachowanie opozycji, która nie prowadziła działań mogących rozpalić społeczne nastroje i zwiększyć postawy roszczeniowe.
Wiosną, gdy kurs euro zbliżał się do 5 zł, rząd dobrze rozegrał kwestię upłynnienia środków z funduszy UE. Nie udało się dealerom z zagranicznych banków inwestycyjnych przełamać poziomu 5 zł. Minister finansów w odpowiednim momencie wprowadził na rynek pewną ilość gotówki i kurs spadł do 4,75. Umiejętnie dawkowana sprzedaż walut zniechęciła spekulacyjne banki londyńskie do dalszych ataków na polską walutę. A słabszy złoty pomógł gospodarce, doprowadzając do wzrostu eksportu netto.
Dzisiaj zapominamy już, że jesienią 2008 r. ludzie zaczynali wycofywać depozyty z banków. Rząd udzielił na nie gwarancji, jak w innych krajach UE, i to uspokoiło nastroje. Podobnie zadziałała ustawa o wsparciu instytucji finansowych w razie kłopotów.
Gwarancje i poręczenia kredytowe zostały wdrożone z opóźnieniem, ale został spełniony postulat poręczeń portfelowych. To daje szansę na szybszą dystrybucję tych poręczeń i gwarancji w bankach komercyjnych. Bank Zachodni WBK podpisał z BGK-iem, jako jeden z czterech i pierwszy z dużych banków, umowę na dystrybucję poręczeń portfelowych.
Pozyskaliśmy także jako sektor finansowanie z EBOR, EBI czy z Banku Światowego.
NBP dopasował płynność do potrzeb rynku. Wykupione zostały obligacje NBP, obniżona stopa rezerwy obowiązkowej z 3,5 na 3, bank centralny udostępnił gotówkę pod papiery rządowe w posiadaniu banków i słusznie mówi się teraz o wydłużaniu terminów operacji otwartego rynku
Skuteczna interwencja ministra finansów na rynku walutowym oraz działania NBP w zakresie swapów walutowych przyczyniły się do poprawy percepcji naszej waluty przez globalne instytucje finansowe. To bardzo istotne, bo Polska jest mocno uzależniona od zagranicznych walut.
KNF początkowo prowadził politykę procykliczną, domagając się, by banki utrzymywały wskaźnik adekwatności kapitałowej na poziomie 10 proc. Ale w kwietniu KNF stwierdził, że to nie jest obligatoryjne. Dziś wiele banków ma kapitał na poziomie ok. 12 proc. i jeżeli w najbliższych kwartałach nastąpi poprawa sytuacji na rynku, będą mogły zwiększyć aktywność kredytową.
Ryszard Petru: Nie zgodzę z Witoldem Orłowskim, że łagodny przebieg kryzysu zawdzięczamy wyłącznie szczęściu. Wiele krajów popełniło błędy, my nie! Jedna osoba jest w rządzie niedoceniana - min. Elżbieta Bieńkowska. Dzięki jej pracy nastąpiła poprawa wydatkowania środków UE na infrastrukturę. Ta maszyna dopiero zaczyna się rozpędzać i w przyszłych latach będzie wzmacniać inwestycje w Polsce.
Ministerstwo Finansów? Jeden duży błąd, jedno duże osiągnięcie i jeden sukces. Błędna była ocena sytuacji w grudniu 2008, gdy przygotowywano nowelizację budżetu na 2009. Zapisano w budżecie wzrost PKB na rok 2009 aż o 3,7 proc., bazując na ocenie przeszłych dochodów podatkowych. Gdyby wtedy dostosowano budżet do wzrostu rzędu 1 proc., to mielibyśmy później mniejszą potrzebę co do skali dostosowań fiskalnych.
Wielkim osiągnięciem min. Rostowskiego jest to, że w I kwartale przeciwstawił się presji, żeby zwiększyć wydatki. Wpływowi ekonomiści z noblistą Krugmanem na czele, ale także media ekonomiczne (m.in. "The Economist") twierdziły, że im więcej rządy wydają na stymulacje gospodarek, tym skuteczniej zapobiegają kryzysowi. Polska opozycja też domagała się wzrostu wydatków. Udało się nie ulec tej presji. Dziś świat jest inny. Głośne sa obawy, że Obama przesadził, że Wielka Brytania przesadziła, że wychodzenie z kryzysu będzie dłuższe, że koszty spłaty tych wielkich długów ograniczą tempo wzrostu gospodarczego. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby do obecnego deficytu dorzucić dodatkowe wydatki stymulujące gospodarkę. Zamiast 7 proc. deficytu mielibyśmy 9 albo i więcej. Przypomnę: jesteśmy peryferiami. Nam trudniej dług finansować.
Sukcesem ministra finansów była doskonała - wręcz podręcznikowa - interwencja na rynku walutowym. Rzucono na rynek małe kwoty, delikatnie, dokładnie tak jak należy.
Natomiast budżet na 2010 r. jest przejawem słabości klasy politycznej w całej historii III RP. Nie wyciągnięto wniosków z problemów, jakie były w latach 2002-04. W Polsce powinniśmy - trawestując hasło Clintona - zawołać: "Polityka, głupcze!". Bo wszystkie decyzje gospodarcze zależą od polityki. Jeśli nie zmienimy podejścia polityków do gospodarki i do finansów publicznych, grozi nam inercja i byle jaki wzrost. Boję się, że politycy pójdą utartą drogą: Brakuje kasy? Podwyższamy podatki. I to będzie wariant byle jakiego wzrostu.
Tymczasem trzeba obniżyć dług publiczny do ok. 30 proc. PKB, by bezpiecznie obniżać wydatki, nie podwyższając podatków.
Krótko o NBP. Kryzys pokazał, jak to dobrze, że powstał Europejski Bank Centralny - wielki bank, który zasilał płynność w wielu krajach Europy. Był to też wielki sukces waluty euro. Nie byłoby takich możliwości, gdyby musiało razem działać kilkanaście banków centralnych starej Europy. Płynność na rynku finansowym i w bankach została uratowana dzięki działaniom ECB i amerykańskiego Fed. NBP był tylko dodatkiem.
Stefan Kawalec: W listopadzie ubiegłego roku w pisałem w "Gazecie Wyborczej", że w przypadku braku zdecydowanych działań władz publicznych dla przeciwdziałania zacieśnieniu na rynku kredytowym, wzrost gospodarczy w 2009 r. może wynieść ok. 1 proc. I faktycznie tak się stało. Takich zdecydowanych działań nie było. Jeżeli uwzględni się korekty wartości kredytów wynikające ze zmiany kursu walutowego, to okazuje się, że w pierwszej połowie 2009 nastąpił faktycznie spadek wielkości portfela kredytów dla przedsiębiorstw. Zaś wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie prawdopodobnie właśnie ok. 1 proc. Jednakże wtedy, jesienią 2008, mówienie o 1-proc. wzroście PKB w roku 2009 wydawało się czarną prognozą, gdyż dominowały prognozy 3-4 proc. wzrostu. Dzisiaj natomiast 1-proc. wzrost PKB jest wynikiem wręcz rewelacyjnym w porównaniu z sąsiadami z Niemiec, Czech, ze Słowacji, nie mówiąc o krajach bałtyckich.
Trzy instytucje - rząd z Ministerstwem Finansów, Bank Centralny i Komisja Nadzoru Finansowego - działały wobec kryzysu z opóźnieniem i niespójnie.
Z drugiej strony rząd uniknął podjęcia działań, które mogłyby być bardzo szkodliwe. Nie ugiął się pod naciskiem opozycji i wielu opinii w Polsce i za granicą, że trzeba zwiększać wydatki. Podjął natomiast rozmaite działania, które może nie były bardzo spektakularne, lecz w sumie miały znaczący i pozytywny wpływ na sytuację: zwiększył limit gwarancji na depozyty bankowe, zaciągał elastyczną linię kredytową z MFW, interweniował na rynku walut, gdy kurs euro zbliżał się do 5 zł. Ważnym działaniem był również pakiet rozwiązań uelastyczniających rynek pracy. Istotne tu były nie tylko zmiany prawne, lecz również, a może przede wszystkim, debata na ten temat z udziałem pracodawców i związków zawodowych.
Na lepsze zmieniła się świadomość pracowników i związków zawodowych w zakładach pracy. W wielu przedsiębiorstwach, które doświadczyły znacznego spadku zamówień, zamiast redukcji zatrudnienia wprowadzano rożne formy ograniczenia czasu pracy i wynagrodzeń pracowników. Mimo spowolnienia gospodarczego wzrost bezrobocia jest stosunkowo nikły i jest nadzieja, że będzie znacznie mniejszy niż przy poprzednich spowolnieniach gospodarki.
NBP stopniowo wprowadzał ułatwienia i formy wsparcia dla banków, które stabilizowały sytuację.
KNF skutecznie przekonała banki, by dywidendę przeznaczyć na wzrost kapitału.
Jednakże głównym pojedynczym czynnikiem, który spowodował, że recesję przeżyliśmy nie najgorzej, był płynny kurs walutowy. Złoty osłabił się, co pomogło eksportowi netto, wpłynęło pozytywnie na finanse przedsiębiorstw i podtrzymało wzrost.
Źródło: Gazeta Wyborcza