Czekamy na Wasze listy. Napisz: pytanieokryzys@gazeta.pl
>
1. Kto oszczędza, jest szkodnikiem Oszczędności to jeden z najbardziej tajemniczych parametrów w ekonomii. W niewielkim stopniu reagują na działania rządów i banków centralnych. Niekoniecznie są też związane z wielkością dochodów. Na gruncie ekonomicznym trudno wyjaśnić, dlaczego biedni Chińczycy mają tak ogromne oszczędności, a bogaci Amerykanie zamiast oszczędzać, zadłużają się. Ekonomiści zazwyczaj zgadzają się z obiegowym poglądem, iż "oszczędnością i pracą ludzie się bogacą". Jedną z głównych przyczyn kryzysu finansowego było to, że Amerykanie nie oszczędzali i dlatego musieli pożyczać pieniądze w bankach, banki zaś pożyczały pieniądze za granicą. Gdy jednak świat stanął w obliczu globalnej recesji, wszyscy zaczęli się modlić o to, by Amerykanie pozostali rozrzutni. By dalej wydawali więcej, niż zarabiają.
Gospodarstwa domowe w Stanach Zjednoczonych nie posłuchały próśb ekonomistów i polityków i w ostatnich miesiącach zaczęły oszczędzać, a przede wszystkim zwracać dawne długi. Zadłużenie konsumentów było w lipcu o ponad 100 mld mniejsze niż w III kwartale 2008 roku.
Na pomoc gospodarce ruszyły więc rządy, przede wszystkim rząd
USA, który zwiększył deficyt. Część dolarów wydawanych przez rząd trafia bezpośrednio do kieszeni przeciętnego Amerykanina, który zanosi je do banku, zamiast wydawać. Rządy wymyślają więc coraz bardziej inteligentne sposoby, by skłonić konsumentów do wydawania. W Niemczech wymyślono program dopłat do złomowanych samochodów, który został natychmiast skopiowany przez wiele innych rządów, w tym amerykański. Dzięki niemu konsumenci rzeczywiście zaczęli kupować samochody, choć spora część pieniędzy (szacuje się, że 10 proc.) trafiła do kieszeni oszustów, którzy stary samochód sprzedali i zgłosili się po dotacje. Najgorsze jest to, że programu tego nie można stosować w nieskończoność, więc popyt na samochody może wkrótce wygasnąć.
Na dłuższą metę wzrost oszczędności będzie dla gospodarki amerykańskiej zdrowy, ale ekonomia kryzysu skupia się na sprawach doraźnych, a nie na przyszłości. Na razie efekty jej działania są dwuznaczne. Okazało się, że trudno skłonić gospodarstwa domowe do zachowań takich, jakich życzyłby sobie rząd, chyba że rząd zapłaci za nie własnymi (a raczej pożyczonymi) pieniędzmi.
2. Deficyt nie ma znaczenia Ekonomia podręcznikowa ostrzega przed nadmiernie wysokim deficytem budżetowym. Wprawdzie na krótką metę wzrost deficytu daje gospodarce impuls popytowy - rząd kupuje towary i usługi - ale jednocześnie uruchamia "efekt wypychania". Kapitał zamiast być przeznaczany na inwestycje w prywatnych firmach, jest lokowany w rządowych obligacjach finansujących dług. Na dłuższą metę wysoki deficyt "wypycha" inwestycje z gospodarki. Ale podczas kryzysu liczą się tylko efekty krótkofalowe. Dlatego rządy wielu krajów uznały, że trzeba wydatki zwiększać, nie przejmując się deficytem. Ubiegłoroczny noblista Paul Krugman, oceniając w styczniu 2009 roku plan stymulowania gospodarki przedstawiony przez prezydenta Obamę, stwierdzał, że idzie on w dobrym kierunku, lecz powinien być dwukrotnie większy. W jednym ze swych felietonów stwierdził wręcz: "Nie ma problemu zbyt dużych wydatków rządu, lecz jedynie problem wydatków niedostatecznych. Cokolwiek rząd zaproponuje, należy pomnożyć przez 2". Krugman przekonuje, że dług państwa powstały w wyniku skumulowania się deficytów będzie łatwy do spłacenia, gdy wróci koniunktura. Na razie radzi, by się nim nie przejmować.
Prezydent Obama wprawdzie nie dał się przekonać do jeszcze większego deficytu, ale i tak wyniesie on w tym roku grubo ponad 1 bln dol. Pomysłów na wydatkowanie publicznych pieniędzy administracji Obamy nie brakuje. Ot, choćby 400 mln dol. dostanie
NASA, aby zajęła się badaniem zmian klimatycznych, 650 mln gospodarstwa domowe, których nie będzie stać na telewizję cyfrową. 41 mld dol. dostaną lokalne szkoły, 1,1 mld Amtrak - należąca do państwa linia kolejowa łącząca Waszyngton z Nowym Jorkiem i Bostonem. W całej swej 37-letniej historii Amtrak ani razu nie zanotował zysku. Za 600 mln dol. urzędy federalne kupią samochody ekologiczne. 200 mln pójdzie na porządkowanie publicznych placów, łącznie z sadzeniem świeżej trawy. 50 mln dostanie Narodowa Fundacja Sztuki.
Deficyt budżetowy jako remedium na recesję nie jest wynalazkiem ostatniego roku. Teoretyczne uzasadnienie dał w latach 30. John Maynard Keynes. Zgodnie z mnożnikiem Keynesa, jeżeli państwo wyda 100 dol. na budowę drogi, to część tych pieniędzy powędruje do kieszeni pracowników, którzy kupią jakieś towary, dając w ten sposób zatrudnienie i płacę kolejnym pracownikom, którzy pieniądze dalej puszczą w ruch itd. W sumie początkowe 100 dol. przyniesie, zdaniem Keynesa, nie 100-, ale powiedzmy 300-dolarowy wzrost produkcji. Czyli mnożnik Keynesa wyniesie 3. Tymczasem pierwsze efekty programu stymulacyjnego nie są zachęcające. Zdaniem niektórych ekonomistów mnożnik Keynesa może być w tym przypadku mniejszy niż 1. Czyli rząd wydaje 100 dol., a w efekcie powstaje dodatkowy popyt i produkcja warta 70 dol.
3. Bądź nieodpowiedzialny Głównym celem banków centralnych jest dbałość o to, by waluta była stabilna. Banki sterują dopływem pieniądza do gospodarki, ustawiając na odpowiednim poziomie stopy procentowe i lokując swoje rezerwy w bezpieczne instrumenty, które wprawdzie nie przynoszą dużych zysków, ale nie są też obciążone ryzykiem. Tradycyjnie
bank centralny jest też pożyczkodawcą ostatniej szansy, ale ta funkcja w ostatnich latach była nieco zapomniana, gdyż sytuacje kryzysowe w bankach komercyjnych zdarzały się rzadko.
Gdy rozpoczął się kryzys,
banki centralne zrozumiały, że najważniejszym ich zadaniem jest niedopuszczenie do załamania się banków komercyjnych, które zaczęły odczuwać brak gotówki. Bankowcy przestali sobie ufać, więc rynek międzybankowy zamarł, a tym samym radykalnie zmniejszyła się możliwość udzielania kredytów.
12 grudnia 2007 roku, czyli na długo przed upadkiem banku Lehman Brothers, największe banki centralne na świecie zawarły "święte przymierze" skierowane przeciw kryzysowi. Postanowiły wspólnie zadbać o to, by na rynkach finansowych panowała wystarczająca płynność - by nie doszło do sytuacji, że brak pieniędzy w jednym banku uruchamia efekt domina. Liderem porozumienia został - co zrozumiałe - Bank Rezerw Federalnych USA (Fed), który zaoferował bankom komercyjnym pożyczki kupowane na specjalnych aukcjach.
Europejski Bank Centralny poszedł jeszcze dalej, oferując bankom krótkoterminowe pożyczki wartości około 350 mld euro.
To był dopiero początek interwencji banków centralnych. Fed we wrześniu 2007 roku zaczął agresywnie obniżać stopy, które w ciągu roku spadły z poziomu 5,25 do niemal zera.
Krugman już przed rokiem zwracał się do bankierów w
bankach centralnych: bądźcie nieodpowiedzialni. I bankowcy posłuchali. Gdy dalsza obniżka stóp była już niemożliwa (ujemnej stopy procentowej nie wprowadzono), banki centralne zaczęły stosować operacje zwane quantitative easing, czyli ilościowe poluzowanie. Zaczęły pożyczać bankom komercyjnym i funduszom pieniądze pod zastaw wątpliwej jakości aktywów. Niektórzy sądzą, że po kryzysie wejdziemy w okres wysokiej inflacji, ale to będzie zmartwieniem jutra.
4. Produkuj to, co nieopłacalne Wiele rządów postanowiło walkę z kryzysem połączyć z walką z globalnym ociepleniem klimatu. Amerykański prezydent obiecuje wydać w ciągu pięciu lat 150 mld dol., które stworzą 5 mln nowych miejsc pracy w energetyce przyjaznej dla środowiska. Problem w tym, że przyjazne ekologii i klimatowi technologie są drogie i rynkowo nieopłacalne. Podczas poprzednich kryzysów ekonomicznych firmy redukowały koszty i wprowadzały nowe, tańsze technologie. Na tym polegał postęp. Tym razem postęp ma się wiązać z dodatkowymi kosztami.
Obama obiecuje wprowadzić do roku 2015 na rynek milion samochodów hybrydowych, do roku 2012 osiągnąć 10-procentowy wzrost udziału źródeł odnawialnych w produkcji energii elektrycznej, wprowadzić program handlu uprawnieniami do emisji CO2 i dzięki temu do roku 2050 osiągnąć 80-procentową redukcję emisji gazów cieplarnianych. Czy jest to program realny? Oczywiście. Tylko że będzie drogo kosztował i uczyni gospodarkę amerykańską mniej konkurencyjną.
Kongresowe biuro budżetu szacuje, że redukcja CO2 o 15 proc. zwiększy obciążenia dla rodzin o najniższych dochodach o 3,3 proc, czyli 680 dol. rocznie. Samochód ekologiczny zostanie wprowadzony dzięki rządowym zamówieniom i ulgom podatkowym dla firm, które go produkują. Czy uda się wyciągnąć gospodarkę z recesji, nakładając na producentów dodatkowe ciężary ekologiczne? Ano, zobaczymy.
5. Nacjonalizuj banki Państwowe banki w krajach o gospodarce rynkowej to nic nowego. Po II wojnie światowej w wielu krajach europejskich banki nacjonalizowano. W Szwecji w latach 80. system bankowy przetrwał kryzys i przez dwa lata kontrolę nad bankami sprawowało państwo. Po restrukturyzacji sektor bankowy na powrót stał się prywatny. W Niemczech ważnym elementem systemu bankowego są Landesbanki, których współwłaścicielami są niemieckie landy. Ale od 20 lat banki, nawet w krajach, które eksperymentowały z nacjonalizacją, stawały się coraz bardziej prywatne. Kryzys finansowy zmusił rządy i banki centralne do ratowania instytucji komercyjnych. Instytucje państwowe albo obejmowały nowo emitowane akcje w zagrożonych bankach, albo przejmowały zagrożone aktywa. Po upadku Lehman Brothers okazało się, że zagrożona jest duża grupa znanych banków. Bankowcy, którzy zwykle z lekceważeniem wyrażali się o niskiej kompetencji rządów, byli zmuszeni pójść do Canossy i prosić o pomoc państwa. Media z lubością opisywały, jak butni finansiści stali się petentami.
W Europie linę ratunkową Fortis Bankowi rzuciły rządy Belgii, Holandii i Francji. W zamian za zastrzyk kapitału o wartości 50 mld funtów rząd Wielkiej Brytanii kupił udziały w trzech największych brytyjskich bankach: Royal Bank of Scotland, Barclays i HSBC Holdings. W Stanach Zjednoczonych w październiku 2008 roku powstała instytucja TARP (Troubled Assets Relief Program), która - dysponując sumą 700 mld dol., miała za zadanie wykupić od banków toksyczne aktywa.
Nacjonalizacja banków przestała być tematem tabu. Do nacjonalizacji (na sposób szwedzki) nawoływał nawet miliarder George Soros. Ale dziś widać, że państwo wcale nie stało się właścicielem banków. Jeśli obejmowało akcje, były to zwykle papiery o stałej stopie zwrotu, ale niedające prawa do ingerowania w działalność banku. W bankach wciąż rządzą ludzie z branży. Gdyby rzeczywistą kontrolę przejęli politycy, skutki dla gospodarki byłyby daleko idące.