Najbardziej zadowoleni z systemu opieki medycznej są Austriacy. Aż 32 proc. z nich nie widzi potrzeby żadnych zmian, a 35 proc. proponuje jedynie niewielkie zmiany (badania z 2002 r.). Nie narzekają też Finowie - jedna czwarta uważa, że ich system działa dobrze, a połowa wprowadziłaby niewielkie zmiany.
Ale nawet w krajach najbardziej zadowolonych co trzeci obywatel uważa, że system opieki medycznej wymaga poważnych reform lub całkowitej przebudowy, we Włoszech zaś lub Wielkiej Brytanii tego zdania jest dwie trzecie badanych, a w Kanadzie i USA trzy czwarte. Wskaźniki te w ciągu dekady się pogorszyły. Np. na początku lat 90. tylko 5 proc. Kanadyjczyków żądało całkowitej przebudowy systemu - dziś już co piąty.
Niezadowoleni są zarówno ci, którym państwo "zapewnia" bezpłatną opiekę medyczną, jak i ci, którzy leczą się z własnej kieszeni. W USA coraz silniejsze są żądania wprowadzenia powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych i publicznej służby zdrowia. W Europie, gdzie publiczna opieka medyczna jest standardem, coraz większą część usług medycznych finansuje się prywatnymi pieniędzmi.
Paradoksy rynku zdrowia
Dla ekonomisty usługi medyczne to jedno z wielu dóbr, jakie oferuje gospodarka. Jednakże rynek medyczny ma kilka cech wyjątkowych.
Po pierwsze, neoklasyczna teoria ekonomii zakłada, że kolejne dobro, nabywane przez konsumenta, ma dla niego mniejszą wartość i dlatego wraz ze wzrostem cen popyt spada i równoważy się z podażą. Na rynku usług medycznych wcale tak być nie musi. Nie jesteśmy pewni, czy coś nam nie dolega, więc prosimy lekarza, by nas skierował na rentgen. Badanie nic nie wykazało, więc prosimy o USG, po czym dowiadujemy się, że do dyspozycji jest także tomograf. Oczywiście, każde kolejne badanie jest wielokrotnie droższe, ale pacjent dostaje (lub przynajmniej ma nadzieję, że dostaje) dodatkowe dobro. Tym samym popyt na usługi medyczne staje się nieograniczony. Jeżeli nie postawi się mu tamy, społeczeństwo będzie wydawać coraz większą część dochodu na usługi medyczne.
Po drugie, wraz z postępem naukowo-technicznym koszt (a więc potencjalna cena) usług medycznych nie maleje, tylko rośnie. Dzięki niemu jednak szpitale oferują coraz bardziej wyszukane i kosztowne usługi, które stwarzają nadzieję na wyleczenie śmiertelnych chorób.
Po trzecie, na innych rynkach istnieje jasny związek między jakością dobra a jego ceną. Na rynku usług medycznych związek ten nie jest oczywisty. Joseph Stiglitz nazwał to "asymetrią informacyjną rynku" i za badanie tego zjawiska (nie tylko na rynku usług medycznych) otrzymał w 2001 r. Nagrodę Nobla. Chory człowiek gotów jest zapłacić niemal każdą cenę za samą nadzieję wyleczenia. Dlatego popyt na coraz droższe procedury gwałtownie rośnie, a tym samym rosną wydatki na usługi medyczne.
Trudno jest nawet zdefiniować pojęcie efektywności służby zdrowia. Czy jest ona bardziej efektywna w tych krajach, gdzie szpitale przynoszą duże zyski, a lekarze wykonują więcej zabiegów dziennie, czy tam, gdzie niskie nakłady dają wysokie efekty w postaci długości życia? 65-letni Meksykanin ma szansę żyć dłużej niż jego rówieśnik Holender, choć wydatki na zdrowie w Holandii są 4,5 razy wyższe. Grecy żyją dłużej niż Amerykanie, choć na zdrowie wydają ponaddwukrotnie mniej. Gdybyśmy umieli zarządzać zdrowiem całego społeczeństwa - mogli skłonić ludzi do bardziej aktywnego życia, większej higieny, zmiany diety, ograniczenia używek - przy niewielkich kosztach można by wydłużyć średnią długość życia o kilka lat. Ale pacjent to także wyborca, który domaga się od polityków, by zajęli się jego zdrowiem, a nie stylem życia. W efekcie wydatki rosną, nie przynosząc efektów.
Pacjenta, szczególnie starszego lub cierpiącego na przewlekłą chorobę, nie stać na pokrywanie kosztów leczenia. Pozornie jest prosty sposób na tę niedogodność - można się ubezpieczyć przed ryzykiem choroby. I rzeczywiście, w większości krajów działają publiczne i prywatne fundusze ubezpieczeniowe finansujące służbę zdrowia. Ale wszędzie mają problemy.
Negatywna selekcja
Joseph Stieglitz i ekonomiści, którzy wraz z nim otrzymali Nagrodę Nobla (George Akerlof i Michael Spence) wprowadzili dwa inne pojęcia powtarzane w dyskusji o zdrowiu: "negatywna selekcja" i "pokusa nadużycia".
Negatywna selekcja zachodzi na rynku ubezpieczeń. Ludzie zdrowi szukają firm ubezpieczeniowych oferujących tanie i proste usługi (np. tylko prostą diagnostykę). A ludzi chorujacy chcą, by ubezpieczenie pokrywało także skomplikowane, drogie procedury, ale to oznacza, że składki ubezpieczeniowe muszą być wysokie.
Każdy system ubezpieczeń zdrowotnych stoi przed tym problemem. Można go rozwiązywać albo różnicując składki, albo zmuszając firmy ubezpieczeniowe, by w ciemno przyjmowały wszystkich chętnych. Ten drugi system działa w Holandii. Opieka nad przewlekle chorymi finansowana jest bezpośrednio przez państwo, z wpływów podatkowych. Cała reszta - podstawowa służba zdrowia, lekarze rodzinni, wypadki, leczenie krótkotrwałe itp. - finansowana jest poprzez prywatne ubezpieczenia. Firmy ubezpieczeniowe muszą jednak oferować uniwersalny pakiet usług za jednolitą składkę płaconą przez wszystkich ubezpieczonych. Tyle samo płacą starzy i młodzi, zdrowi i chorowici, a firmy nie mają prawa komukolwiek odmówić swoich usług, z tym, że państwo zwraca im pieniądze za wydatki na pacjentów o wysokim ryzyku zachorowania.
System działa nieźle, choć w badaniach z 2002 r. tylko 6,5 proc. Holendrów było z niego w pełni zadowolone, a tyle samo uważało, że trzeba go całkowicie zmienić. Wadą są bowiem rosnące koszty. Zawierając kontrakty ze szpitalami (w większości prywatnymi), firmy ubezpieczeniowe dbają głównie o jakość usług, ale nie o koszty. Skoro bowiem państwo zwraca wydatki za pacjentów o wysokim ryzyku, firmy ubezpieczeniowe są zainteresowane uzasadnianiem zawyżonych kosztów, a nie ich obniżką.
Drugą wadą systemu jest administracyjne określenie zakresu dostępnej opieki medycznej. Holandia jest wprawdzie krajem bogatym, ale nie stać jej na finansowanie wszystkich procedur. W związku z tym część Holendrów ubezpiecza się dodatkowo - tym razem według kryteriów czysto rynkowych.
Prywatne ubezpieczenia są coraz powszechniejsze w wielu krajach europejskich. Oferują produkty "na miarę" dla różnych grup wiekowych i zdrowotnych - oczywiście za różną cenę. Koszty administracyjne prywatnych ubezpieczalni są jednak nieco wyższe niż publicznych, co wytykają ich przeciwnicy. Wynika to z mniejszej liczby klientów, kosztów marketingu i bardziej skomplikowanych produktów. Według danych OECD w 2003 r. prywatne ubezpieczenia pokrywały 2,4 proc. wydatków medycznych w Finlandii, 7,6 proc. w Austrii, 8,8 proc. w Niemczech, 9 proc. w Szwajcarii, 13 proc. we Francji, 17 proc. w Holandii. Jeszcze większe sumy wydawane były z prywatnych kieszeni bez pośrednictwa firm ubezpieczeniowych (od 8 proc. w Holandii do 47 proc. w Grecji).
Pokusa nadużycia
Pokusa nadużycia jest zmorą wszystkich systemów ubezpieczeniowych. Skoro składka, którą płacę, pozwala na pokrycie szkód, których wartość jest wyższa niż składka, ubezpieczony stara się tę sytuację wykorzystać na swoją korzyść. Wiedzą o tym wszystkie towarzystwa sprzedające ubezpieczenia samochodowe. Zatrudniają więc wielu ekspertów oceniających wysokość szkód i stosują rozmaite techniki pozwalające kontrolować koszty. Gdy jednak ubezpieczenia są publiczne lub dotowane przez państwo, pokusa nadużycia sprawia, że pieniądze wydawane są w sposób coraz mniej efektywny.
Źródło: Gazeta Wyborcza