W małym samolocie nad wzgórzami hrabstwa La Crosse, Wisconsin, druga w nocy

Wiele razy leciałem samolotem, ale nigdy nie doświadczyłem potęgi burzy z piorunami na wysokości trzech kilometrów. Niewielkim sześcioosobowym dwuśmigłowcem King Air rzucało w sposób niekontrolowany. Co kilka sekund zaczynał spadać jak kamień, a potem nagle gwałtownie się podrywał. Dwaj piloci w kokpicie walili w przyciski i przełączniki, próbując uciszyć najrozmaitsze alarmy rozbrzmiewające przy kolejnych szarpnięciach maszyny.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej