Od kwietnia 1944 roku byłam u dalekich krewnych na Pomorzu, w powiecie koszalińskim. Nie mogłam pozostawać w Berlinie, gdzie miałam mieszkanie. Mam ciężką chorobę stawów i byłam w takim stadium choroby, że nie byłam w stanie ani chodzić, ani stać. Nie mogłam więc także uciekać do schronu w czasie alarmów bombowych. Ponieważ moja opiekunka musiała koniecznie wyjechać do swoich krewnych, a ja nie miałam nikogo bliskiego, jesienią przeprowadziła się do mnie moja młodsza przyjaciółka. Nationalsozialistische Volkswohlfahrt – Narodowosocjalistyczna Organizacja Pomocy Społecznej), były nieskuteczne. Zbywano nas zapewnieniami, że chorzy na pewno zostaną ewakuowani na czas.

Pozostało 96% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej