To nie moja wina. Biorę odpowiedzialność za wszystko, co zrobiłem, ale to była choroba. Gdybym tak nie myślał, nigdy bym się nie podniósł. Są tacy, co nie dali rady – wieszają się, łykają tabletki, ale nie ja. Ja za dwa dni biorę ślub.

Podpisaliśmy intercyzę, chociaż narzeczona nie nalegała, ufa mi, bo poznaliśmy się już po wszystkim. Ale ja siebie znam lepiej. To na mnie spoczywa odpowiedzialność, żeby za dwa albo dziesięć, albo za dwadzieścia lat nie zostawić jej z dziećmi bez pieniędzy na życie.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej