Anna:

– Jechałam autem od mojej mamy. Po Bożym Narodzeniu, z Kieleckiego. Kątem oka zobaczyłam, że w lasku, a to był taki lasek między wsiami, chyba leży pies. Nie wiedziałam, czy żyje. Podeszłam, a on tylko trochę podniósł głowę. Nie zamerdał ogonem, nie ucieszył się, nic. Owczarek niemiecki długowłosy, wyniszczony. A ponieważ wracałam ze świąt, miałam szynkę wiejską. Urwałam kawałek, żeby dać mu powąchać i zobaczyć reakcję. Podniósł się. Okazał się duży. W kołtunach cały i miał ślad na szyi po sznurku.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej