Świetnie pamiętam tę scenę. Jest słoneczny, jesienny dzień 2002 roku. Stoję w szerokich, dwuskrzydłowych drzwiach do salonu, a Marek Edelman, który zatrzymał się u mnie na nocleg w drodze z Lozanny do Łodzi, przygląda mi się podejrzanie uważnie. W końcu podchodzi, przejeżdża palcem po mojej szyi tak mocno, że syczę z bólu, i pyta z pewnym zdziwieniem:

– Dajesz sobie w żyłę?

– Zwariowałeś? Skąd ci to przyszło do głowy?

– Masz zapalenie żył powierzchniowych, a to przypadłość narkomanów, co wstrzykują sobie narkotyk w szyję, gdy wysiądą im naczynia w rękach i nogach.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej