Iga Dzieciuchowicz: O której pan zaczyna?

Waldemar Woźniak: W lesie jestem już od wpół do szóstej rano. Mam gumowe rękawiczki, od gminy dostaję worki.

Codziennie przez dziesięć godzin chodzę i patrzę, gdzie co leży. Daleko nie trzeba szukać. We wsi Jakubowo do kontenerów wrzuciłem już 24 tony śmieci. Tyle było na 500 metrach drogi.

Ile? 24 tony?

– Nie przesłyszała się pani. Jak zaraz pokażę, co jest w lasach, to się pani za głowę złapie.

Jedziemy do wsi Jagodnik.

Wszędzie wiszą tabliczki o zakazie wyrzucania śmieci.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej