Trudno mu o sobie opowiadać. Twierdzi, że nie ma o czym. Nie uśmiecha się. Na krótko ostrzyżonych, gęstych włosach widać pierwsze oznaki siwizny. Mówi powoli, pomiędzy zdaniami robi długie przerwy.

– Zanim wszystko się popsuło, byliśmy zwykłą czteroosobową rodziną – zaczyna. – Ojciec pracował jako stolarz. Mama była księgową w Wyższej Szkole Bankowej. Młodsza ode mnie o dwa lata siostra, no i ja. Mieszkaliśmy na drugim piętrze przedwojennej kamienicy przy ulicy Wajdeloty w Gdańsku-Wrzeszczu.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej