Mojego Ojca, Leona Tadeusza Eichelbergera, niestety nie poznałem. Zginął trzy miesiące przed moim przyjściem na świat, w dniu swoich trzydziestych szóstych urodzin. Przystojny, jak na tamte czasy wysoki (182 cm), świetnie zbudowany blondyn o niebieskich oczach. Do szpiku kości zdrowe, dobrze odkarmione dziecko tuligłowskich ogrodów, stepów, ruczajów, obór i kurników.

Według opisu Matki: dusza każdego towarzystwa, dowcipny, oczytany, zafascynowany religijnością Orientu, refleksyjny, wszechstronnie wysportowany, odważny, troskliwy, serdeczny, wesoły, dowcipny.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej