Z niejasnych powodów, a może właśnie z nadzwyczaj jasnych, sięgnąłem na półkę po książkę, która żadną nowością nie jest, a zarazem zdaje się być zadziwiająco nowa. Czas kanikuły i apokaliptycznej suszy intelektualnej sprawia, że uwalniam się z terroru nowości i oddaję lekturom klasyków, dzieł fundamentalnych, ale także zapomnianych, które po dekadach od pierwszego kontaktu nagle ujawniają nad wyraz współczesne oblicze. Powieść „Mefisto” Klausa Manna czytałem 30 lat temu, choć może wcale w końcu nie przeczytałem, a jedynie zapamiętałem wielki film Istvána Szabó według tej książki, a nade wszystko monumentalną kreację Klausa Marii Brandauera jako robiącego karierę w nazistowskich Niemczech aktora Hendrika Höfgena.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej