Koledzy mówią, że zabijam tym swoje problemy, uciekam na rowerze od życia, którego nie chcę mieć. Dla nich to niewyobrażalne, aby jeździć wokół własnego domu, po jednej ulicy, tam i z powrotem. Ale ja czasem muszę zrobić te puste kilometry, aby zbliżyć się do Księżyca.

Wstajesz o czwartej rano. W zimie jest jeszcze środek nocy, na zewnątrz leży śnieg. Nie jesz śniadania, zakładasz strój kolarski i wybiegasz z domu. Bierzesz rower, słuchawki i włączasz muzykę, do pracy masz 20 minut, ale jedziesz w zupełnie przeciwnym kierunku. – Wyjeżdżasz z miasta, mijają cię tiry, tak głośne jakby startował odrzutowiec.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej