Jeszcze nie miała 15 lat. Przed sądem mówiła: – Do dziś się zastanawiam, jakim cudem nie zaszłam w ciążę. On się w ogóle nie zabezpieczał. Na szczęście przenieśli go do innej parafii.

Styczeń 2012 roku. Do komisariatu policji w Legionowie zgłasza się ksiądz Jacek z tutejszego kościoła garnizonowego. Ma 35 lat, jest wysoki, wysportowany. Mówi, że ktoś porysował mu auto i przebił oponę. I że od kilku tygodni jest prześladowany. – Ktoś chce zaszkodzić mojej posłudze – dodaje.

Policjanci go znają. Uczy religii w podstawówce, angażuje się w pomoc biednym i powodzianom, w kościele prowadzi chór Cherubinków.

Ksiądz pokazuje SMS-a: „Zabiję cię jak psa (...) Samochodzik masz już do wymiany, frajerze”. Przynosi też kartkę, którą znalazł za wycieraczką. Na niej: „Obiecałem, więc dotrzymuję słowa”.

Policja szybko ustala, kto stoi za groźbami. Żaneta ma 19 lat, jest byłą uczennicą księdza. To jej numer namierzają śledczy. Przyznaje się do winy. I mówi: – Ja się w nim zakochałam. Chcę tylko, żeby go stąd przenieśli, i tyle.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej