Znajdujemy w internecie ofertę na paszport litewski plus dowód i prawo jazdy za nieco ponad 2 tysiące dolarów. Połowa płatna po obejrzeniu gotowego dokumentu na Skypie, połowa po dostarczeniu przesyłki. Wysłać należy zdjęcie, odciski palców (tuszem na białej kartce) oraz dane osobowe (pożądane). Zamawiamy.

„Włączcie wideokonferencję” – dostajemy instruktaż mailem. Włączamy najpierw sam dźwięk, bez obrazu.

– Kamera – pada prośba.

– OK. Moment – wybieramy szybko neutralne miejsce, żeby w tle nie zaplątało się coś, co mogłoby podważyć naszą wiarygodność jako osób potrzebujących lewej tożsamości.

– Muszę zobaczyć osobę, dla której są dokumenty – tłumaczy męski głos. Sam kamery nie włącza, twarzy nie pokazuje. – Zdarzało się, że zamawiali pośrednicy. Pokazywali potem klientowi wyrobiony przeze mnie paszport i znikali z kasą.

Ten egzamin zdaliśmy. Zaraz dostajemy kolejną instrukcję w mailu: „Zróbcie inne zdjęcie. Nie może być w dowodzie i paszporcie to samo”. Pytamy, czy może być zrobione telefonem. Jest niedziela wieczór, zakłady fotograficzne w okolicy zamknięte. „Może być. Photoshop sobie poradzi. Fryzura i bluzka mają być inne” – pada odpowiedź.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej