Do oglądania serialu „Rok za rokiem” podchodziłem z pewnym dystansem, nie dlatego wcale, że przechodzę ostatnio poważny kryzys serialowy, pojąwszy iż znalazłem się na granicy niebezpiecznego nałogu, który przestaje już dawać przeżycia katarktyczne, a zamienia się wyłącznie w destrukcyjną konieczność, z której niewiele poza nieodwołalnie straconym czasem wynika. Idzie o to, że mój powrót do filmów kinowych kończył się ostatnio ekstazami porównywalnymi z jedzeniem budyniu waniliowego, nie było wyjścia, trzeba było wrócić do streamingu, tak jak wraca się skruszonym do rodziny, którą w chwili emocjonalnego amoku usiłowało się porzucić.

„Rok za rokiem” przyciągnął mnie sławą najlepszego serialu politycznego, choć usiłował zniechęcić swą domniemaną poprawnością polityczną. Otóż ten, kto mówi, że jest to serial politycznie poprawny, nic nie wie o politycznej poprawności, a i o całym świecie może wiedzieć niewiele więcej niż niemowlę. Owszem, na początku zdaje się, iż wszystko będzie przebiegać w rytm poprawnościowych klisz, wszak jak jest małżeństwo męsko-żeńskie, to zarazem on jest biały, a ona czarna, jak małżeństwo jest całe białe, to męsko-męskie, jak samotna biała matka rodzi dziecko, to jest to dziecko chińskie, a na dodatek owa matka jeździ na wózku, jak jest bezdzietna i samotna kobieta, to pochłania ją walka o ratowanie planety, a z czasem zaczyna spoglądać ona w kierunku kobiet. Tyle że owi wzorcowi poprawnościowcy też zaczynają zachowywać się nie lepiej, a na pewno nie mądrzej od zabetonowanych konserwatystów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej