Na "Mein Kampf" do Teatru Powszechnego szedłem bez większego lęku, choć i też bez egzaltacji czy wygórowanych oczekiwań. Sceniczna adaptacja twórczości Adolfa Hitlera w reżyserii Jakuba Skrzywanka kusiła mnie naturalnie osobą autora wystawianej książki, zarazem nie spodziewałem się, że przeżyję wstrząs tektoniczny, że wyczołgam się z legendarnego budynku na warszawskiej Pradze w stanie intelektualnego porażenia bądź wybiegnę w podskokach w stanie katarktycznej euforii, należę bowiem do tych, którzy obejrzeli w Powszechnym „Klątwę”, więc są poniekąd opancerzeni.

Jeśli czegoś nieśmiało się spodziewałem, to może niewielkich pikiet przed teatrem, jakichś oburzonych faszystów, że profanuje się w tym miejscu dzieło ich idola, albo bardziej wyrafinowanych protestów prawicowców, że lewacki teatr za publiczne pieniądze propaguje hitleryzm, a i pornografię przy okazji. Dręczyły mnie nieco rozterki, czy faszysta powinien obejrzeć „Mein Kampf”, bo nie wiadomo, czy porzuci potem swe plugawe poglądy, czy też się w nich utwierdzi, rozmyślałem, czy faszyści są skłonni protestować przeciw wystawieniu „Mein Kampf” na deskach lewackiego teatru, czy też powinni przyjąć ów spektakl z pewną paradoksalną wdzięcznością.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej