Aleksandra Szyłło: Baliście się?

Robert, 49 lat, dawca: Dla mnie to normalne. Co sześć tygodni chodzę oddać krew. Wystarczy wejść na oddział szpitalny, by zrozumieć, ile tej krwi potrzeba. Skoro jestem zdrowy, oddaję. Przecież nie dla czekolady czy wolnego dnia, którego nie wykorzystuję. Tu było to samo: żona potrzebowała nerki, a ja miałem dwie. Ale nie było zgodności genetycznej.

Magda, 43 lata, biorczyni: Baliśmy się o siebie nawzajem, ja i Krystian o naszych dawców, a Robert i Magda o nas. Myśleliśmy: „My to i tak przyzwyczajeni od lat do choroby, a oni zupełnie zdrowi, jak nie daj Boże jakieś powikłanie...”. Oni z kolei: „My jesteśmy zdrowi. Będzie operacja laparoskopem, ciach i zaraz wypis do domu. A czy u biorców się przyjmie?”. I tyle. Bo co, o wdzięczności mam mówić? Nie wiem, czy to jest odpowiednie słowo, i nie wiem, czy w ogóle jakieś słowo może oddać te uczucia.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej