Ostatnio o wszelkie zło w polskiej polityce obwiniany jest belgijski matematyk Victor D’Hondt. Na jego nazwisko powołują się autorzy, którzy – podejrzewam – nie potrafiliby policzyć głosów „metodą D’Hondta”, ale mają na ten temat mnóstwo wyobrażeń.

Do najdziwniejszych należy przekonanie, że ta ordynacja polega na tym, że największa partia dostaje głosy, które padły na te partie, które nie przekroczyły progu. To bzdura: te partie po prostu nie uczestniczą w podziale mandatów (więc z matematycznego punktu widzenia jest tak, jakby ich wyborcy nie poszli na wybory albo oddali głosy nieważne).

Metoda D’Hondta polega po prostu na tym, że jeśli mamy do rozdzielenia np. 10 mandatów, to bierzemy liczbę głosów oddanych na partie uczestniczące w podziale, dzielimy je przez kolejne liczby całkowite (1, 2, 3...), aż dostaniemy 10 największych ilorazów. Każda partia dostaje tyle mandatów, ile miała największych ilorazów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej