Z każdego innego powinno to być jednak niemożliwe.

Bo w tych niepozornych budynkach na zapleczu ulicy Pułaskiego od 1994 roku działa squat Rozbrat, miejsce, które przez ćwierć wieku natleniało Poznań.

Dziś komornik chce zlicytować cenną działkę, by odzyskać pieniądze dla firmy, która odkupiła długi upadłej hurtowni. Gdy piszę ten tekst, w Poznaniu trwa manifestacja w obronie squatu. Ja zaś próbuję sobie wyobrazić moje rodzinne miasto bez niego.

Jest to o wiele bardziej niesprawiedliwe miejsce. Takie, w którym lokatorzy są pozostawieni sami sobie w walce z czyścicielami kamienic. Bo to anarchiści z Rozbratu pierwsi się o nich upomnieli i stali u ich boku wtedy, gdy działa się im największa krzywda. Stali naprawdę – z własnym generatorem prądu i wodą, od której lokatorów odcięto. Miejskie służby długo pozostawały na ten fakt obojętne, policja odwracała oczy. To squatersi trzymali drzwi, na które napierały osiłki nasłane przez czyścicieli. Dosłownie. To także oni protestowali, gdy prezydent Ryszard Grobelny budował na obrzeżach miasta nieludzkie osiedle blaszanych kontenerów socjalnych dla tak zwanych kłopotliwych lokatorów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej