Przymierzałem się do napisania o „Serotoninie” Michela Houellebecqa od miesiąca co najmniej i nijak nie mogłem się przemóc, bo kogóż może obchodzić moje bezgraniczne znudzenie tą powieścią i znużenie prozą Houellebecqa w ogóle? Jeśli ktoś czyta Houellebecqa, to i tak zanurzony jest po uszy w zachwycie nad jego oklepaną metodą i ma do francuskiego skandalisty stosunek bałwochwalczy, jeśli zaś ktoś nie czyta wcale autora „Cząstek elementarnych”, to i tak go nic nie obchodzi, co inni mają do powiedzenia na temat jego najnowszej książki. Wielka szkoda, bo przypadek to nader ciekawy i znamienny dla współczesności, a przynajmniej dla literatury współczesnej – wielki oryginał, nieprzejednany krytyk wyjałowionej z duchowości kultury zachodniej, staje się oto pisarzem bezgranicznie przewidywalnym, plagiatującym bezwstydnie samego siebie, taplającym się w pisarskim samozadowoleniu, tłukącym ze sztampy kolejne wersje starych historii i sprzedającym towar drugiej świeżości z wielkim powodzeniem.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej