Roman przychodzi z dwoma młodszymi kolegami, którzy podobnie jak on jeżdżą Uberem po Warszawie. Ma 33 lata, do Polski przyjechał dwa i pół roku temu z Charkowa. – Na Ukrainie miałem dwie ciężarówki, prowadziłem firmę transportową. Szło nieźle, ale wziąłem samochód na kredyt, a hrywna poleciała w dół! Trzeba było jechać do Polski zarabiać – mówi. Zdaniem kierowców, pracując dziesięć godzin dziennie, bez problemu można wyciągnąć 5 tysięcy na czysto – już po odjęciu paliwa. Roman jeździ citroënem picasso z 2008 roku. Mieszka w Warszawie z żoną i rocznym dzieckiem. Starszą, jedenastoletnią córkę zostawił z jej matką w Charkowie. Ponieważ rozmowa schodzi na zarobki w Polsce, rzucam mimochodem pytanie, czy wysyła do Charkowa alimenty. Pytanie nie podoba się: – To trudne sprawy, nie chcę o tym mówić.

Przechodzimy do zdarzenia, z powodu którego spotkaliśmy się.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej