Zegar wskazywał szóstą. Wiesław zszedł do kotłowni, rozpalił ogień. Kiedy ciepło popłynęło po rurach, wrócił do łóżka. Zapytał Ilonę, czy dzieci wróciły po sylwestrze do domu. „Chyba tak”. Wstał trzy godziny później. Ilony nie było. Może poszła na spacer? Ale ubrania wisiały w przedpokoju. Może do sąsiadki? Napisał SMS-a. Nie odpowiedziała. Zaczął się niepokoić, a potem szukać.

Ilonę Pujanek znalazł sąsiad, który przyszedł pomóc Wieśkowi w poszukiwaniach. Była w drewutni. Odebrała sobie życie przez powieszenie. Nie zostawiła listu. Z telefonu wykasowała wszystkie SMS-y.

Była atrakcyjną kobietą: 44 lata, uśmiechnięta, blond loki do ramion. Z Wiesławem wychowała dwie córki. Szybko wyszła za mąż. Pracowała w fabryce jako praskowa. Najpierw w lokalnym Formacie produkującym kable do AGD, a kiedy siedem lat temu padł, przeszła do Amiki.

Choć od samobójstwa Ilony minęły dwa lata, nie wszyscy we Wronkach pogodzili się z oficjalną wersją, że zabiła się z powodów osobistych. O wyjaśnienie motywów jej śmierci wciąż walczą:

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej