Kiedy wybuchła elektrownia atomowa w Czarnobylu, miałem 18 lat i byłem jeszcze głupszy niż teraz, zatem wiadomość o awarii przyjąłem najpewniej z lekceważeniem, bo w tej chwili nic z atmosfery wybuchowi towarzyszącej nie pamiętam. Zupełnie wyparowało mi z głowy, czy piłem płyn Lugola, więcej nawet: spodziewam się, że przyjmowałem wówczas w sporych ilościach całkiem inne płyny, bo Czarnobyl eksplodował akurat w czasie licealnej wycieczki męskiej do Krakowa.

Serial „Czarnobyl” oglądałem dokładnie w 30. rocznicę wyborów czerwcowych, znamienna koincydencja, bo zdaje mi się, jakby po tym trzydziestoleciu spokoju wybuchał kolejny Czarnobyl, niosący ze sobą zagrożenia niewyobrażalne, jakby nad całą Europą rozpościerała się radioaktywna chmura, z której spadnie zabójczy deszcz, i trzeba nieludzkiego wręcz poświęcenia straceńców, żeby uchronić skretyniały kontynent przed bolesną i upokarzającą agonią. Oglądałem ten oparty na faktach, ale jak najbardziej fabularny serial w najwyższym podnieceniu, choć wcale nie chciałem oglądać, tak jak i wy nie chcecie go oglądać, nigdy byście nie chcieli go obejrzeć, ale jeśli jeszcze nie widzieliście – będziecie musieli zobaczyć. Będziecie musieli zobaczyć i uwierzyć w tę opowieść, nawet jeśli fabuła jest podkręcona, a jest podkręcona, nawet jeśli groza jest przesadzona, a jest przesadzona, nawet jeśli zagrożenie, jakie miało czyhać na cały niemal świat, zostało wyolbrzymione na potrzeby serialowej atrakcyjności, to i tak rzecz paraliżuje widza. Mnie sparaliżowało kompletnie i tak sparaliżowany przetrwałem pięć godzinnych odcinków, wybitnych pod względem formy i porażających pod względem treści.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej