Nazywają to karuzelą. Paliwową, VAT-owską, fakturową, ale i do łańcucha można ją przyrównać – i dostać nawet tyle, co za zabójstwo – 25 lat więzienia. Obiegowo więc prawnicy nazywają to oszustwo „zbrodnią fakturową”, a w mojej historii ma ona ciężar 700 milionów złotych, a to o ponad 100 milionów więcej niż warszawskie Centrum Onkologii im. Marii Curie-Skłodowskiej co roku dostaje z budżetu państwa na leczenie Polek i Polaków, to grubo więcej niż roczny budżet warszawskiego Grochowa, mojej dzielnicy, to więcej nawet niż Polski Instytut Sztuki Filmowej wydaje na całe nasze kino przez trzy lata.

Jak, kurna, ukraść – no i schować – taką kasę, martwię się od kilku miesięcy, bo to nie jest walizeczka, którą można zakopać w ogródku?

Sprawdźmy to zresztą.

Paczka stu banknotów dwustuzłotowych to 20 tysięcy, więc milion złotych to 50 takich paczek. Gdy ułożysz je ciasno na kartce A4, powstanie klocek o wysokości 10 centymetrów i wadze 5 kilogramów. Coś jak kabinówka do samolotu tanich linii, a 5 milionów to już całkiem solidna, 25-kilogramowa waliza. Na 700 milionów, które według Prokuratury Regionalnej w Białymstoku moi bohaterowie ukradli skarbowi państwa, trzeba by 140 takich waliz. I całkiem solidnej ciężarówki, która udźwignie 3,5 tony mamony.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej