Któregoś dnia mama powiedziała: „Jedziemy do Gdańska. Warszawa już nigdy się nie podniesie, nie mogę na te gruzy patrzeć. Dajcie spokój, całe życie mieszkać w ruinach?”.

Jako lekarz mama dostała przydział pracy przez Czerwony Krzyż. Jak wielu lekarzy miała organizować polską służbę zdrowia. Gdańskie szpitale były jeszcze pełne Niemców. To był jej wybór, ale gdy przyjechaliśmy do Gdańska w sierpniu 1945 roku – Jezus, Maria! To była jeszcze gorsza ruina niż Warszawa. Całe Główne Miasto spalone. Gorąco. Trupi smród wszędzie. Z jednych ruin trafiłyśmy do drugich. Ale dworzec kolejowy był cały. Stał szpital miejski, w którym potem powstała Akademia Lekarska, od 1950 roku nazywana już Akademią Medyczną. Dostaliśmy mieszkanie we Wrzeszczu.

Co to znaczy, że dostaliście mieszkanie?

– W Akademii mieli adresy, gdzie są wolne miejsca. Pokazali mamie mieszkanie w Gdańsku-Wrzeszczu: trochę osmalone, pięć pokoi, długi korytarz, każdy pokój osobno, połączone drzwiami w amfiladzie, na końcu kuchnia i służbówka. Bardzo mieszczańskie. Brzydkie właściwie, jednak miało wszystkie szyby, a szła już jesień. O szyby było trudno. I właśnie te szyby sprawiły, że mama zdecydowała się wziąć to mieszkanie. Ulica nazywała się Jäschkentaler Weg, przechrzcili ją potem na Jaśkową Dolinę. Zamieszkaliśmy tam: mama i ja, ciotka Hala z Kazikiem, ciotka Magda, babcia i gosposia Hali sprzed wojny, pani Ludwika Mańkowska.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej