"Życie na tych fotografiach nie ozdabia niczyjego życia. Nie cieszy potomków pozujących na nich osób" – taki cytat mi przysłał. (Z mojej książki. Pisałem o szufladach z tysiącami bezdomnych zdjęć, oddanych do sklepu po umarłych w Budapeszcie).

„To jest, panie Mariuszu – napisał – akapit o tym, o czym rozmyślam każdego dnia. Robię zdjęcie obcego człowieka, najczęściej na ulicy, i wracam do domu. Wywołuję w ciemnościach własnej łazienki negatyw, a później patrzę na zdjęcie. Osoby często wyrwanej z kontekstu. A następnie siadam i poświęcam jej czas. Retuszuję. Dodaję czernie, poszerzam biele, likwiduję szarości. Szarość na zdjęciach mnie mierzi. Ma być białe i czarne. Gorące i zimne. A nie letnie. Więc patrzę na moje zdjęcia bezimiennych ludzi i wymyślam im co jakiś czas historie albo przywołuję własne, które te zdjęcia mi przypomniały. Franciszek Starowieyski powiedział, że my, ludzie, jesteśmy mgnieniem w życiu przedmiotów. Upewnię się jeszcze co do dokładności cytatu, ale w kontekście się nie mylę. No więc o ile łyżka może mieć to poczucie mgnień, bo jadło z niej może nawet tysiące ust, to czy zdjęcie ma to poczucie? Te i inne myśli mam, kiedy wywołuję zdjęcia w łazience. Staram się codziennie wychodzić w miasto z aparatem. Analogowym. Nie cyfrowym (to ma znaczenie). I robić fotografie. Mam wrażenie, że to się udaje i na palcach jednej ręki zliczę dni, kiedy jakieś zdjęcie nie powstało. Część z nich trafia na Instagram, część z nich zostaje tylko na negatywie. Niektóre z kolei wywołuję na papierze. Michał Wojciechowski, @pulp_picture”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej