Nas, psychiatrów, zawsze interesowało, co tam w tym umyśle dzieje się takiego, że człowiek potrafi być skrajnie zły, robić rzeczy niewyobrażalnie okrutne i nie odczuwa z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Przeciętny zjadacz chleba myśli, że tacy ludzie w ogóle „nie mają mózgu”. Otóż mają, tyle że inny – opowiada Jerzy Pobocha.

Bohater tej historii wyglądał jak amant filmowy. Nosił ciemne okulary, dodające tajemniczości. Studiował na Politechnice Szczecińskiej, jednak szybko się znudził, więc zmienił szkołę na mniej absorbującą. Matka miała do niego o to pretensje. Nie wiedziała jeszcze, że jej adoptowany syn zarabia na życie podrabianiem dowodów osobistych i generalnie ma inklinacje przestępcze, a nie naukowe.

Była Wigilia. Matka i syn siedzieli przy stole, dzielili się opłatkiem. Czas mijał w miłej atmosferze, dopóki ona nie zaczęła narzekać, że on „taki zdolny, a się nie uczy, że renomowaną uczelnię porzucił dla zwykłej, pomaturalnej szkoły”. Tym jazgotaniem, bo tak odbierał jej uwagi, zaczęła go irytować. Odpyskował, dostał w twarz. Matka miała ciężką rękę, do tego strąciła mu okulary, a przecież wiedziała, jak były markowe i bardzo dla niego ważne. Tego już darować nie mógł.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej