W jednym momencie, w jednej chwili zmienia się wszystko – to zdanie brzmi jak klisza, zupełny banał. Chyba że akurat to prawda, jak w przypadku Jacka. Jego jedna chwila ma miejsce niedługo przed świtem 7 lipca 2018 roku, w Płocku.

W Lisiej Jamie

Siedzę przed ekranem komputera, trzeci raz oglądam nagranie z monitoringu. Kamera z góry przedstawia podwórze klubu Lisia Jama. Ziarnisty obraz zatrzymuję w momencie strzału. W kadrze nie widzę broni ani też tego, kto ją trzyma. Ludzie zataczają się i rozstępują na boki. Wśród nich 34-letni Grzegorz H., wysoki, potężnie zbudowany upada na ziemię, jego noga ugina się pod ciężarem ciała, jakby nie było w niej kości. Wstaje jeszcze, próbuje kawałek przejść i znów upada.

Kilka godzin później w zeznaniach opowie policji, że do Lisiej Jamy przyszedł obejrzeć mecz i się napić. Żona Sandra bawiła się z koleżanką.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej