Dom jest na wzgórzu, otoczony rzepakiem i pszenicą. Wjeżdżam rowerem na podwórko obsadzone kwiatami; przy traktorze stoi mężczyzna. Miał właśnie jechać nawozić pszenicę, ale – jak mówi – woli zostać i wyprostować plotki. Prostuje od pogrzebu.

Siedzimy w altanie, przy wolierze dla kur.

Ojciec: – Kupiła sznur. Wybrała niską gałąź. Musiała podkurczyć nogi. W każdej chwili – dopóki nie straciła przytomności – mogła się wycofać. Kiedy wychodziła z domu, tak na mnie spojrzała, jakby się na zawsze żegnała. Gdybym wiedział, to zamknąłbym ją pokoju.

Matka: – Załamała się śmiercią proboszcza.

Ojciec: – I tym, co ludzie gadali. Że była w ciąży, ale sekcja nie wykazała dziecka.

Matka: – Proszę, tu są zeszyciki. Zapisywała swoje wiersze.

Ojciec: – Nie znamy się na takim pisaniu.

Parafia Kumów leży niedaleko Żmudzi, 15 kilometrów od Chełma. Kto nie pracuje w mieście, ten przy świniach, krowach, rzepaku i pszenicy. W centrum wsi stoją kościół, remiza i sklep. Przy sklepie nadal mówi się o śmierci prawie 70-letniego proboszcza i 17-letniej dziewczyny.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej