Dom jest na wzgórzu, otoczony rzepakiem i pszenicą. Wjeżdżam rowerem na podwórko obsadzone kwiatami; przy traktorze stoi mężczyzna. Miał właśnie jechać nawozić pszenicę, ale – jak mówi – woli zostać i wyprostować plotki. Prostuje od pogrzebu.

Siedzimy w altanie, przy wolierze dla kur.

Ojciec: – Kupiła sznur. Wybrała niską gałąź. Musiała podkurczyć nogi. W każdej chwili – dopóki nie straciła przytomności – mogła się wycofać. Kiedy wychodziła z domu, tak na mnie spojrzała, jakby się na zawsze żegnała.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej