Zjeżdżamy z asfaltu na polną drogę. Świt, szum łanów zboża. Nick pędzi autem, redukuje tylko przed wyschniętym korytem rzeki, by nie roztrzaskać podwozia o kamienne dno.

Jest wściekły. – Takich informacji nie wysyła się na cholernym Facebooku, tylko dzwoni się od razu do mnie! Jak je teraz znajdziemy?! – krzyczy rozdygotany do telefonu komórkowego, który trzyma nad kierownicą. Mijamy cementownię, wjeżdżamy na wzgórze nad Bugibbą, w północno-zachodniej części wyspy.

Chwilę po naszym przyjeździe zjawia się policyjny jeep.

Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej