Od roku pomieszkuję w miasteczku, do którego znikąd nie może przyjść prawda.

Mironowskij w obwodzie donieckim, koło Switłodarśka. Żyje tam cztery i pół tysiąca ludzi, przed wojną było ich trochę więcej. Mam tam mieszkanie, fajnych sąsiadów. U nich właśnie pomieszkuję, do ich babci mówię „babciu”, chodzę po ich dzieci do szkoły, w tym czasie pracując jako korespondentka kilku zachodnioeuropejskich mediów. Ale wróćmy do prawdy. Otóż żyjąc tam dłużej, zdałam sobie sprawę, że jako dziennikarka mam przywilej posiadania wiedzy, której oni nie mają. Nikt ich nie poinformuje, że sytuacja przy tej linii frontu, gdzie akurat znalazło się ich miasteczko, jest dużo bardziej napięta, niż myślą, lub mniej. Mogą obejrzeć albo rosyjską telewizję z jej propagandą, albo ukraińską, gdzie też nie zawsze relacjonują konflikt w sposób uczciwy. Czasem na przykład zawyża się liczbę zabitych cywilów, a zaniża liczbę żołnierzy, żeby pokazać, jak armia jest silna. A drugą stronę z kolei obwinić o to, że atakuje domy cywilów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej