Tym razem jednak do kina wchodziłem w nastroju całkowitej beztroski i głupkowatej życzliwości światu, osobliwie życzliwy byłem filmowi, który za chwilę miałem obejrzeć. Nie jest wykluczone, iż intuicyjnie przeczuwałem, że recenzje i omówienia filmu Borcucha, skupiające się najchętniej na kwestiach politycznych, na aktualnych problemach świata, takich jak terroryzm i emigracja, jedynie lekko kąsają istotę tego dzieła, nie wgryzając się weń zasadniczo. Ja się wgryzłem, a nawet wciąż się wgryzam, od momentu opuszczenia sali kinowej cały jestem wielkim wgryzaniem się w to dzieło, od dawna nie obcowałem z filmem, który wymagałby ode mnie tak intensywnej pracy umysłowej, zaspokajając zarazem wszelkie potrzeby estetyczne.

Otóż w toskańskim miasteczku Volterra mieszka polska poetka Maria Linde, noblistka o wyglądzie świetnie ubranej i doskonale ufryzowanej Krystyny Jandy, a mieszka w przyjemnych okolicznościach przyrody i kultury, mieszka z poczciwym mężem oraz odwiedzającymi ją wnukami i córką, graną przez Kasię Smutniak, nie udziela się publicznie, wywiadów nie daje, na tematy zasadnicze się nie wypowiada, pławi się w rozkoszy życia, w wolnych od nic nierobienia chwilach rozbija się kabrioletem porsche. Mieć Nobla, mieszkać w Toskanii, rozbijać się porsche i nie dawać żadnych wywiadów – ideał życia. Do tego ma romans z prowadzącym knajpę bezwstydnie młodym i szaleńczo przystojnym Egipcjaninem, owszem, emigrantem, ale po włosku mówiącym lepiej niż papież Franciszek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej