Fragment książki Stefano Libertiego „Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę”

Ruchy są miarowe, mechaniczne, powtarzalne. Świnie wiszą na hakach, które przesuwają się nad taśmą z regularną prędkością. Ludzie stoją wzdłuż niej rzędem w równych odległościach. Mają białe kombinezony, kalosze, rękawiczki, maseczki, czepki. Wszyscy wyglądają jednakowo. Gdyby nie różnica wzrostu, można by pomyśleć, że to armia robotów. W dłoniach trzymają narzędzia pracy: ktoś nóż, ktoś inny tasak, a ktoś jeszcze inny – hak. Każdy ma określoną rolę, każdy wykonuje gest, który jest mu przypisany. Są jak trybiki maszyny. Jeden nacina brzuch zwierzęcia, drugi powiększa nacięcie, następny wydobywa wnętrzności, a jeszcze kolejny robi inne cięcie. Trzewia lądują w specjalnych zbiornikach. Po każdym użyciu noże i ostrza trafiają do płynu dezynfekującego. Zwierzęta też są identyczne, wyglądają jak swoje własne klony: ta sama wielkość, waga, kolor. Wydają się – i rzeczywiście tak jest – owocem eksperymentu genetycznego nastawionego na stworzenie zwierzęcia doskonałego do uboju i konsumpcji.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej