Kiedy w kwietniu 2000 roku Tomek trafił do aresztu śledczego pod zarzutem gwałtu ze szczególnym okrucieństwem i morderstwa, Teresa nie miała telefonu komórkowego.

Zresztą Tomek i tak nie mógłby do niej dzwonić z aparatu telefonicznego na karty zawieszonego na korytarzu aresztu śledczego. Bez zgody prokuratora nie miał do tego prawa. Był zdany na jego łaskę i niełaskę. Przez dziewięć miesięcy nie mógł się widzieć z nikim poza adwokatem. Teresa nie dostała zgody na widzenie z synem, mimo że chodziła, błagała. Prokuratora nie wzruszyły jej łzy. W większości przypadków nawet nie docierała przed jego oblicze, zazwyczaj odbijała się od drzwi portierni. Prokurator nie miał dla niej czasu. Matce i synowi pozostały listy. Czy wszystkie do niej docierały? To prokurator decydował o ich przepływie. Otwierał każdy.

– Potrafi pani znaleźć pośród listów ten pierwszy?

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej