Wędrówka na Dach Świata bez partnera i kojącej myśli o butli w plecaku wymagała ufności we własne siły. Mogłem liczyć wyłącznie na siebie i swoje ciało.

Kuluar łagodniał. Nade mną tkwił szeroki krąg nieba. Ciemność zmieniała swoje nasycenie. Na razie bardziej się to wyczuwało, niż widziało. W powietrzu unosiło się coś ożywczego. Mroczny korytarz prowadził w stronę wschodzącego dnia, na grań. Tam zaś, na wysokości około 8500 metrów, znajdował się Balkon, miejsce, z którego w poprzednich dniach zawróciło tylu wspinaczy. Wiejące w tej okolicy zachodnie wiatry powodowały, że tworzyły się tu głębokie zaspy. Byłem przygotowany na torowanie, przynajmniej psychicznie, ale tym razem szczęście mi sprzyjało. Ktoś ruszył do ataku szczytowego znacznie wcześniej niż ja i Simone i przetarł drogę.

Przed Wierzchołkiem Południowym spod śniegu wystawały skały. Liny poręczowe obchodziły je z prawej strony. Leżało tu co najmniej 20 butli tlenowych. Prawdziwe składowisko. Czy w górę dźwiga się łatwiej, niż znosi? Do diabła, powinni zabierać te śmieci ze sobą! Pod skałami wiatr aż tak nie dokuczał, grzbiet osłaniał przed wichurą. Dzięki temu było też trochę cieplej. Zmęczenie dawało się we znaki, ciężko dyszałem, z trudem stawiałem kolejne kroki. Wyszedłem z namiotu na przełęczy sześć godzin temu, nie wiedziałem, czy dam radę dojść na szczyt. Wycieńczony organizm domagał się swoich praw. Wrzeszczał: „Dosyć!”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej