Ciężkie drzwi wagonu się rozsuwają. Tłum pasażerów z westchnieniem ulgi wylewa się na betonowy peron. Wysiadam i podążam za nimi w kierunku Obwodnicy Południowej świecącej na czerwono od setek uwięzionych w korkach samochodów. Naciskam guziki na przejściach dla pieszych i posłusznie przechodzę na zielonym, żeby dotrzeć na spotkanie z Urzędniczką Stanu Cywilnego.

Siedzi przy stoliku nakrytym obrusem plamoodpornym, przy ogromnym oknie tureckiej restauracji. Patrzy na szarą ścianę obwieszoną lustrami. Są tam duże lustra i małe lusterka, każde w rzeźbionej, drewnianej ramie. Niektóre ramy spryskano nawet farbą w spreju, żeby wyglądały na złote. Próbuję się uśmiechnąć.

– Przepraszam za spóźnienie.

Urzędniczka uśmiecha się, odsłaniając małe, dziecięce zęby i dotyka szczupłą dłonią końców ufarbowanych na blond, mocno wystrzępionych włosów. Jest coś upiornego w jej przeraźliwie bladej skórze, tak cienkiej, że widać pod nią niebieskie żyłki pulsujące w kącikach oczu. Kiedy Urzędniczka ponownie uśmiecha się samymi wargami, tak wąskimi, że prawie niewidocznymi, zwracam uwagę na kształt jej czaszki, niemal doskonale okrągły, na mięsisty, perkaty nosek i malutkie uszy. Widuję takie twarze w całym Londynie. Myślę, że każdy odgadłby bez trudu, że Urzędniczka jest Polką.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej